Page 167 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 167

166                           OCALALI



         gotowymi do poświęceń rodzicami i idealnymi partnerami. Wspólnie wysiadują
         jaja i wspólnie chronią małe przed słońcem swoimi wielkimi, rozpostartymi
         skrzydłami.
            – Czy są monogamiczne? – zapytała jedna z kobiet w autobusie.
            – Tego, madame – pan Mashada komicznie uniósł do góry palec – nikt jeszcze
         nie zdołał ustalić. To strusi sekret.
            Cwałujące strusie wyprzedziły w końcu autobusy, które zwolniły tempa, ponie-
         waż naprzeciw, w oddali, pojawiło się stado żyraf. Twarze upoconych pasażerów
         zajaśniały dziecięcą ciekawością, jak gdyby brali udział w podniosłej procesji
         nieziemskich stworzeń; powolny, elegancki przemarsz swego rodzaju baletowych
         tancerzy na czubkach palców. Wysokie szyje żyraf zdawały się sięgać niemal do
         samych chmur. Ze swoją postawą, ze swoimi krótkimi rogami w kształcie małych
         koron, ze złotym futrem nakrapianym brązowymi cętkami, jak gdyby ich ciała
         były przepasane drogocennym, królewskim gronostajem, i z noszonymi przez nie
         białymi niby-pończochami na zgrabnych nogach – wydawały się kaprysem fantazji
         jakiegoś artysty. Sny z jedwabiu lśniły w ich dużych, brązowych oczach. Nonsza-
         lancko oskubały liście z samych koron akacjowych drzew, jakby jedzenie w ogóle
         ich nie obchodziło, i kroczyły dalej, ciągnąc naprzód. Poetyczne stworzenia. Jak
         gdyby nie miały do czynienia z ziemskością i tylko niebo było ich królestwem.
            – Są łagodne, delikatne i w ogóle nie agresywne – wyszeptał z czcią pan
         Mashada, przejęty pięknością, jak gdyby taką procesję żyraf oglądał pierwszy
         raz w życiu.
            Jedna z przechodzących obok żyraf zdawała się patrzeć Simonowi Braunowi
         prosto w oczy swoiście mądrym, ludzkim spojrzeniem. Nagle zdało mu się, że
         tym spojrzeniem z góry przemawia do niego. Co miała zamiar mu powiedzieć?
         O, możliwe, że nic przyjemnego. Być może pytała go ze współczującą delikatno-
         ścią: czemu robisz z siebie takie Bóg wie co, Simonie Braun, mój krewniaku
         z ludzkiego rodzaju? Koniec końców, jesteś emocjonalnym impotentem. Wszyst-
         kie twoje pasje, wszystkie twoje miłości to przecież ostatecznie egoistyczny blef,
         którym ten mały Żydek wewnątrz ciebie pasie swoje wielkie, agresywne ego.
         Nikogo nie kochasz, a najmniej samego siebie. To jest w tobie najsmutniejsze
         i najzabawniejsze. Co cię tak przyciągnęło do twojej ukochanej psychiatrii, jeśli nie
   162   163   164   165   166   167   168   169   170   171   172