Page 163 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 163

162                           OCALALI



         krągłych brył, które zdawały się wlec po ziemi. Gdy autobus zbliżył się do nich,
         Marysia wypaliła:
            – O, idą, panie Mashada!
            Bryły przeistoczyły się w stado około dwudziestu słoni. Las ogromnych,
         trójkątnych, wachlarzowych uszu trzepotał w powietrzu. Długie trąby kołysały
         się, wznosiły i opadały. Autobusy zjechały na pobocze.
            – Ostatecznie to słonie mają pierwszeństwo na drodze – rzucił pan Mashada
         z namaszczeniem – w końcu to one wydeptały tę drogę w swojej niepowstrzymanej
         wędrówce. Ech, słonie, moi przyjaciele, to filozofowie równin. Nie potrzebują
         radia ani telefonu, żeby się ze sobą komunikować. Przesyłają sobie informacje
         na odległość wielu mil. Jeśli faktycznie emitują jakieś fale dźwiękowe, nasze uszy
         nie są zdolne ich odebrać.
            Słonie, z dostojeństwem, powolnymi, ciężkimi krokami przeszły obok, jak gdyby
         autobusiki, znacznie niższe od nich, niemal w ogóle im nie przeszkadzały. Parę ma-
         łych słoniąt, większych od niedźwiedzia, niezgrabnie dreptało za swoimi mamami.
         Każdy krok tego stada wzbijał tuman kurzu i pozostawiał za sobą dziurę w ziemi.
            Autobusy wjechały z powrotem na drogę i rozpoczęły wspinaczkę na pochy-
         lone wzniesienie. Słońce zaczęło prażyć. Pot perlił się na czołach pod daszkami
         letnich kapeluszy, które nosili wszyscy pasażerowie. Wnet osiągnęli najwyższą
         płaszczyznę zbocza, a zaraz potem przed oczami turystów rozpostarł się obraz,
         który wydarł im z ust zduszony okrzyk i zaparł dech w piersiach. Pośrodku rów-
         nin zebrały się nieprzeliczone setki antylop, dzikich kóz, bawołów, zebr, impali
         i gazel, stojących nieruchomo, jak gdyby przymarzłych do ziemi – ustawionych
         kołem, jedno zwierzę obok drugiego, w półokręgu wielkości lotniska. Głowami
         zwrócone do środka pustego półokręgu, wpatrywały się wszystkie w zwierzę,
         które majaczyło tam samo jedno: w wielkiego kota, w lwicę.
            Autobusy zatrzymały się. Kierowcy wyłączyli silniki. W autobusie zapadła
         cisza. Cicho też było na zewnątrz. Zdawało się, że chmury zastygły w biegu, trawy
         przestały się kołysać. W sercu Simona Brauna coś się nagle poruszyło. Napięcie.
         Strach. Przerażenie. Objął Mildred w talii i, mocno przejęty, wyjąkał szeptem,
         z przerywanym oddechem:
            – Kocham cię, Mildred…
   158   159   160   161   162   163   164   165   166   167   168