Page 159 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 159

158                           OCALALI



         jego życia, dokładnie wówczas, kiedy zaczynał planować następne seminarium.
         A może nie był to przypadek i za wszystkimi niespodziankami, jakie przynosiło
         życie, stała ukryta logika? Trzeba było tylko się do niej dogrzebać.
            Simon Braun, wyglądając teraz przez okno domu gościnnego, wyczuwał w so-
         bie oczekiwanie, jak gdyby na jakiś cud. Ta ziemia, to aromatyczne powietrze,
         ci Masajowie, którzy wciąż stali nieruchomo na jednej nodze na tle akacjowych
         pni, te małpy i ta młoda kobieta z blizną na czole, wszystko to pachniało cudami.
            Tej pierwszej nocy w Serengeti Simon Braun nie spał dobrze. Twarde, wąskie
         łóżko było niewygodne. Niebo na zewnątrz, gęsto obwieszone siecią rozmigota-
         nych gwiazd, rzucało blask przez szpary drewnianych okiennic i kłuło w oczy. Noc
         nie znała spokoju. Pulsowała życiem. Na zewnątrz stale coś chrzęściło i trzeszczało.
         Głuchy tupot galopujących nóg. Ciągłe hukanie nieznanych ptaków i od czasu
         do czasu – daleki odgłos lwiego porykiwania. Hieny płakały i śmiały się, szakale
         wyły, nocne insekty brzęczały wokoło.
            Kiedy Simon Braun zamknął oczy i na wpół zasnął, z głębin snu uniosła się
         przed nim czerwona pręga na czole Marysi Wiśniewskiej. Pręga wyglądała jak
         usta o czerwonych wargach. Usta, które mówiły do niego, wołały doń, żeby do-
         tknął ich palcem. Pragnął to zrobić, ale bał się, że usta go oparzą albo znienacka
         ugryzą. Próbował się od nich odwrócić, odsunąć tak daleko, by ich już więcej nie
         widzieć. Usta jednak płynęły za nim – dopóki nie uciekł od nich w świat jawy.
         Na powrót otworzył oczy. Mildred spokojnie spała w łóżku obok. Jej regularny,
         cichy oddech rozprowadzał w pomieszczeniu ciszę rozluźnienia i spokoju. Simon
         miał wielką ochotę wsunąć się jej do łóżka. Wiedział, że trzymając ją w ramio-
         nach, będzie jeszcze mógł złapać kilka godzin dobrego, porządnego snu. Było mu
         jednak szkoda ją budzić. Istniało też niebezpieczeństwo, że któreś z nich stoczy
         się z wąskiego posłania.
            Na zewnątrz ledwo co zaczęło szarzeć, gdy rozległo się delikatne pukanie do
         drzwi: „dżambo… bwana makubwa … please… safari”, zaczął budzić zebranych
                                       16
         głęboki, ochrypły głos czarnego służącego.



         16    Powitanie w języku suahili: Witaj, wielki (szanowny) Panie!
   154   155   156   157   158   159   160   161   162   163   164