Page 160 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 160

W SERENGETI                          159


                                               *

             W ciągu półtorej godziny wszyscy członkowie grupy doktora Brauna, dwudziestu
             ludzi obładowanych aparatami fotograficznymi i kamerami, siedzieli już w dwóch
             małych autobusach pomalowanych w zebrze paski. Zamiast okien, autobusy te
             miały wąskie otwory pod dachem, wystarczające, by wyglądać na zewnątrz i robić
             zdjęcia. Pan Mashada, Hindus prowadzący księgi domu gościnnego, wyczuł widać
             w doktorze Braunie bratnią duszę, postanowił bowiem wziąć wolne i przejąć
             kierownictwo tej oto wycieczki. Uzbrojony w karabin, wspiął się do autobusu
             doktora Brauna i, radosny, z promieniejącą, brązową twarzą, z wielkimi, czarnymi
             oczyma rozpalonymi jak u chłopca uciekającego z domu, zaczął natychmiast in-
             struować pasażerów, jak mają zachowywać się na safari. Jeszcze wczoraj przykazał
             im, żeby nie brali ubrań w ostrych, jaskrawych kolorach i koniecznie zakrywali
             głowy, ponieważ słońce Serengeti świeciło bezlitośnie.
                Teraz dodał jeszcze:
                – Please, ladies and gentlemen, nie wykonujcie gwałtownych ruchów, nie
             mówcie i nie śmiejcie się zbyt głośno, i w ogóle… wsłuchajcie się w muzykę rów-
             nin i próbujcie wczuć się w jej rytm. Wtedy będziecie nie tylko widzieć, ale sami
             staniecie się częścią tajemniczego świata Serengeti. I pamiętajcie, pod żadnym
             pozorem nie wolno wam wychodzić z autobusu.
                Dwie pary uzbrojonych, czarnoskórych ochroniarzy, ubranych jedynie w swe-
             go rodzaju podkoszulki, wspięły się do dwóch autobusów, zamykając drzwi.
             Zawarczały silniki.
                Oba autobusy wyjechały spomiędzy drzew okalających dziedziniec i, roztrzę-
             sione, ruszyły naprzód po piaszczystej drodze. Wkrótce zagłębiły się w bezmiar
             brązowo-zielonej przestrzeni, która ciągnęła się tak daleko, jak tylko można było
             sięgnąć okiem. Trawiasto-piaszczysty płaskowyż nie był tak naprawdę płaski, ale
             pofalowany, pełen pagórków i jam. Na ogromnej przestrzeni, jak gdyby zasiane
             niedbałą ręką, stały rozrzucone drzewa cierniowe, eukaliptusy, ale najczęściej
             drzewa akacji, pojedynczo lub parami, albo w małych grupkach. A pomiędzy
             nimi i dookoła nich, długo i szeroko – czerwonawa ziemia i kępki wysokiej, brą-
             zowo-zielonej trawy, skąpane w mgliście bladym świetle wschodzącego słońca.
             Gigantyczne formacje chmur płynęły nisko, tuż-tuż nad ziemią. Jak monstrualne
   155   156   157   158   159   160   161   162   163   164   165