Page 168 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 168
W SERENGETI 167
egocentryczna ambicja, by zyskać sławę, do pary z chęcią szukania siebie w sobie,
prosząc Boga, żeby się nie odnaleźć? A tutaj, na to pustkowie, też przyjechałeś
dla siebie, nie dla dobra twoich kolegów i psychiatrii. Mildred miała przecież
całkowitą rację.
Tak, Mildred miała całkowitą rację. Równiny Serengeti posiadały moc wstrzą-
sania świadomością, przestawiania mebli w głowie – i stawiania pod wielkim,
wielkim znakiem zapytania całości wypracowanego przez człowieka światopoglą-
du. Simon objął spojrzeniem spocone twarze swoich zagapionych kolegów. Jak
dziwne było to, że od wyjazdu do Serengeti nikt nie opowiedział jeszcze żadnego
psychiatrycznego żartu ani komentarza, ani nie użył psychiatrycznego żargonu.
Wyglądało to, jakby wszyscy chcieli zredukować się do dziecięcej prymitywności;
jak gdyby dało się instynktownie odczuć, jak dziurawa jest cała ta akademicka
wiedza w obliczu tej tajemniczej obcości, którą niezręcznie próbowano sobie
przyswoić. Z tej dziwności jednak człowiek pochodził i do niej koniec końców
należał – choćby nawet wyrwał się z kręgu życia i zapuścił duchem tak daleko,
że nie sposób już było znaleźć drogi powrotnej.
Tutaj niespodziewanie przyszło Simonowi na myśl, że Mildred ma w sobie
coś z żyrafy: jej poruszające się z gracją ciało, jej długa szyja, jej głowa podnie-
siona dumnie, jakby nosiła na niej koronę – oraz delikatność i łagodność jej
wyrazu, wówczas gdy występowała przeciw niemu ze swoimi napomnieniami.
Tylko żyrafie oczy nie pasowały do Mildred. Oczy żyrafy były prędzej podobne
do brązowych oczu Marysi Wiśniewskiej. Rzucił okiem na Marysię, jak gdyby
chciał je porównać.
Marysia odpowiedziała mu spojrzeniem. Coś silnie przejmującego wyglądało
z jej żyrafich oczu. Zdawało mu się, że woła go do siebie.
– Spójrzcie… spójrzcie tylko, moi przyjaciele, o tam! – wyszeptał nagle pan
Mashada i brodą wskazał na zewnątrz. Trzy wielkie koty, lwica w towarzystwie
pary lwów z długimi, rozwianymi grzywami, ciągnęły w kierunku stada antylop
kudu o rogach kręconych jak ramiona menory. Na równinie powstało zamie-
szanie. Galop. Pylisty zgiełk. Ziemia stała się bębnem, po którym głucho dudnił
zwierzęcy tupot. Kierowcy wyłączyli silniki. Czarnoskórzy strażnicy trzymali
karabiny w pogotowiu.

