Page 152 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 152
W SERENGETI 151
Twiggy stał się właśnie modny – w krzykliwe kolory, nosiła duże kolczyki w uszach
i buty na wysokim obcasie. Łatwo było ją zabawić. Odrobina barw, gromadka
mężczyzn, wesoły gwar wywoływały u niej radosny śmiech. Jasnoniebieskie oczy
zdradzały wówczas, jak wiele szczęścia dawało jej proste bycie tu i teraz.
Jej naiwność i prostoduszność, jej ufność względem ludzi i branie cudzych
wypowiedzi dosłownie, bez drążenia, jej spoglądanie na rzeczy takimi, jakimi się
zdawały, bez szukania „drugiego dna” sprawiały, że nie była zbyt wybredna jako
odbiorczyni sztuki i częstokroć nie dość spostrzegawcza i skuteczna jako tera-
peutka. Jednak te właśnie cechy nadawały jej tego specjalnego uroku, który ma
w sobie amerykański typ człowieka. Była ucieleśnieniem wszystkiego, co w owym
typie najlepsze. Simon potrzebował Mildred tak, jak potrzebował powietrza do
oddychania. Nie mógł sobie wyobrazić życia bez niej.
Żydowska tożsamość nie odgrywała większej roli w życiu Simona Brauna.
Jego rodzice, urodzeni w Ameryce, wyrwali się z East Side i zaczęli się asymi-
lować najszybciej jak mogli. Mieli na nazwisko Bronstein. Prędko odrzucili
końcówkę „stein” i stali się „Braunami”. Jako dzieci emigrantów, którzy przeszli
piekło pogromów w Rosji, okazywali swój amerykański patriotyzm w dopraw-
dy zabawny sposób. Jedyną oznaką żydowskości, którą zachowali i pielęgno-
wali, była żydowska sztuka kulinarna. Ich podniebienia po prostu nie były
w stanie przyzwyczaić się do żadnych innych dań niż rodzime. Dopóki żyła
matka Simona, Mildred pilnie uczyła się od żydowskiej teściowej przepisów na
tradycyjne potrawy. To, że Mildred stała się częścią rodziny Braun, było swego
rodzaju tolerancyjną oczywistością. Być może rodzice Simona byli nawet tro-
chę zadowoleni z faktu posiadania synowej o tak porządnych, amerykańskich
korzeniach.
Sam Simon nie widział powodu, żeby zaprzeczać swojej żydowskości, choć
ledwo umiał zdefiniować, na czym ta żydowskość miałaby się opierać. Ale podob-
nie jak jego przyjaciele, żydowscy intelektualiści urodzeni w Ameryce, czuł się
tak samo dobrym Amerykaninem, jak Amerykanie irlandzkiego czy włoskiego
pochodzenia. Mildred, wywodząca się spośród pierwszych purytańskich emi-
grantów – którzy w swoim przybyciu do Ameryki widzieli misję zbudowania
nowej Jerozolimy w Nowym Świecie – podchodziła czule do jego żydowskości

