Page 149 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 149

148                           OCALALI



         widział oczyma wyobraźni, jak jej kształtne, smukłe ciało igra wśród obmywa-
         jących je fal wody. Zdawało mu się niemal, że czuje chłód wody spływającej po
         jego własnym ciele.
            Nie miał w sercu ani cienia urazy do Mildred o to, że była przeciwna temu
         wyjazdowi. Sądziła, że przyjazd do Afryki, a szczególnie do Serengeti, w niczym
         nie przyczyni się do powodzenia seminarium. Przeciwnie. Obce miejsce prędzej
         stanie się przeszkodą w koncentracji. Grupa będzie niewypoczęta, osłabiona
         gorącem, rozkojarzona. Może nawet dojść do otwartych konfliktów między
         poirytowanymi kolegami, dla których wspólna, przyjacielska zabawa miała
         w sobie pewną domieszkę rywalizacji i zazdrości. Może on, Simon, nie będzie
         mógł znieść krytyki wobec swoich teorii – której należy się spodziewać – i straci,
         jak się to często zdarzało, cierpliwość. Sukces całego przedsięwzięcia stał pod
         znakiem zapytania.
            Prawdę mówiąc, Mildred nie widziała sensu w przyjeżdżaniu tutaj na urlop
         nawet tylko z nim, z samym Simonem. Nie zrobiłaby tego, choćby nawet miano
         jej za to dopłacić, oświadczyła mu ze śmiechem. Według niej Afryka to dzicz,
         śmierdząca stagnacją i apatią. Była dzieckiem wielkiego miasta, wychowanym
         w kraju, gdzie wygoda i najwyższe osiągnięcia technologii były na porządku
         dziennym. Widziała piękno w lesie drapaczy chmur na Manhattanie i mogła upoić
         się krzątaniną w zgiełku Broadwayu i Sixth Avenue. Natura nie przemawiała jej
         do serca. Zwierzęta mogła oglądać w ogrodzie zoologicznym na Bronksie i nie
         widziała absolutnie żadnych przeszkód, żeby się tam przespacerować. Nie miała
         nic przeciwko zwykłym spacerom do parku albo wyjazdom z miasta na dzień-dwa.
         Jednak dłuższe pobyty na wsi nudziły ją.
            Ale jak mógłby mieć jej to za złe? Koniec końców on sam, Simon, nie był
         wcale wielkim entuzjastą przyrody. Wycieczka do Serengeti nie była dla niego tak
         po prostu kwestią miłości do natury. To było coś znacznie głębszego. Już prawie
         umiał to wyartykułować. Ale wrażenie to towarzyszyło mu przez cały zeszły rok,
         w czasie przygotowań do wyjazdu.
            Teraz, kiedy tak stał zamyślony przy oknie i spojrzeniem przyjmował w siebie
         inność tego miejsca – podczas gdy przemowa pana Mashady na temat Serengeti
         bezładnie tłukła mu się po głowie – musiał przyznać przed sobą, że Mildred
   144   145   146   147   148   149   150   151   152   153   154