Page 143 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 143
142 OCALALI
Nad równinami Serengeti unosi się oddech wieczności. Upływ czasu zdaje
się nie mieć tu miejsca. A mimo to jest pewien subtelny rytm we wszystkim, co
się tu porusza, pewien rodzaj wznoszącej się i opadającej muzyki, która ani nie
posuwa się naprzód, ani też się nie cofa. Spotkanie z równinami Serengeti i ich
mieszkańcami, dwunożnymi i czworonożnymi, jest zdolne przywieść na myśl
owo przedwieczne, przedmitologiczne trwanie, sprzed czasu, gdy Bóg zasadził
dla Adama i Ewy ogród w Edenie na ziemi i zasiał w ich sercach ciernistą gehennę
przeciwności, bezład i pustkowie emocji – emocji, które wiele pokoleń później
obudziły w człowieku stojącym teraz na tej oto pierwotnej ziemi, doktorze
Simonie Braunie, wnuku żydowskiego nauczyciela z nowojorskiego East Side,
zainteresowanie jego profesją: psychiatrią.
Doktor Simon Braun był mężczyzną po pięćdziesiątce, nie za wysokim, z pro-
fesorskim zarostem okalającym podbródek i zaczątkiem księżycowej łysiny na
czubku głowy. Nieco tęgi, ale wysportowany; przysadzistość jego sylwetki była
oznaką witalności i energii, których był pełen.
W ten oto styczniowy wieczór, gdy zimowy, owiany mroźnym wiatrem
Nowy Jork pławił się w lśniącym blasku nieuprzątniętych jeszcze, świątecznych
i noworocznych dekoracji, doktor Simon Braun, ubrany w koszulę koloru khaki
i krótkie skautowskie spodenki, stał przy oknie swojego pokoju w domu gościn-
nym, położonym w Kenii, na skraju równin Serengeti, i spoglądał na zachód, na
miedziane niebo, gdzie miało właśnie zajść słońce.
Okno stało otworem, a drewniane, weneckie okiennice zahaczono na ze-
wnątrz, by móc zatrzasnąć je na noc. Między ramami okna rozciągnięto dru-
cianą siatkę. Nad łóżkami, na których leżały teraz otwarte na oścież walizy,
powieszono moskitiery. Jego żona, doktor Mildred Braun – z jej smukłym
ciałem okrytym jedynie halką, z jej lewą ręką komicznie oblepioną plastra-
mi, by zakryć ślady po szczepieniach na tyfus, cholerę, malarię, żółtą febrę
i śpiączkę afrykańską, które przenosić mogły komary i muchy tse-tse – roz-
pakowywała właśnie swoje rzeczy. Nie mieli w bagażach zbyt wielu ubrań.
Były tam głównie książki, teczki z papierami, kamery i aparaty fotograficzne,
przyrządy do nagrywania i dodatkowe narzędzia. Godzinę temu przyjechali
autobusem z Nairobi.

