Page 130 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 130

ZEMSTA EDZI                          129



                Nasze towarzystwo zaczęło spotykać się z Edzią. Koniec końców tyle nas
             z nią łączyło, szczególnie mnie. Za każdym razem, kiedy się z nią spotyka-
             liśmy, wznosiła się o stopień wyżej w naszych oczach. Po jej dawnym, chi-
             choczącym jąkaniu nie pozostało nawet wspomnienie. Przeciwnie. Jej słowa
             były agresywne i przekonujące. Była mądra, naszpikowana głęboką wiedzą,
             miała cudowne poczucie humoru. Dodawała naszym dyskusjom smaku. Na-
             wet wstrzemięźliwy Paweł traktował ją poważnie i dzięki niej zaczął aktyw-
             nie brać udział w naszych rozmowach. Zaczęliśmy czuć, że każde spotkanie
             bez Edzi wychodzi blado. Jeszcze bardziej niż miało to miejsce w wypadku
             Lolka. Edzia dodawała jakby więcej wagi, więcej znaczenia naszej wspólnej
             przyjaźni.
                Powiedziałabym, że jedyną przeszkodą w harmonijnych relacjach z Edzią był
             właśnie fakt, że Edzia była kobietą. Paradoks! My kobiety szczególnie zauważy-
             łyśmy, że oczarowuje mężczyzn swoją mądrością i wdziękiem, szczególnie Pawła.
             Pomalutku sprawiło to, że w sercach kobiet, obok podziwu dla Edzi, pojawił
             się również cień zazdrości. Wstydziłyśmy się tego uczucia. Ostatecznie to była
             przecież ta sama, dawna Edzia.
                Ja sama czułam się jeszcze gorzej niż inne kobiety. Czułam się przez nią podle,
             bo uzurpowała sobie moją pozycję w grupie. W żaden sposób nie ustępowałam
             jej intelektualnie, szczególnie w kwestiach nowoczesnego życia, nowoczesnej
             kultury. Ale Edzia, tak samo jak Paweł, kpiła sobie z nowoczesnej kultury, kpiła
             z tego, jak dawaliśmy się ponosić falom nowo produkowanych książek, nowego
             malarstwa, sztuk teatralnych i nowej muzyki. Uważała to wszystko za nowo-
             modne hocki-klocki, za przejściowe zjawiska, które były wynikiem powojennego
             pomieszania wartości na wszystkich polach działalności ludzkiej. Trzymała się
             swojego Shakespeare’a, Tołstoja, Dostojewskiego, Thomasa Manna i im podob-
             nych. Efektem tego było, że ja, która zwykłam tak aktywnie włączać się w nasze
             rozmowy, bałam się otworzyć usta. Zaczęłam się bać, że przy najmniejszej okazji
             Edzia wystąpi przeciwko mnie z krytycznym argumentem. Swoim wyostrzonym
             języczkiem skompromituje mnie w oczach wszystkich. Albo że w zapale wyceluje
             palcem w moim kierunku i zakrzyknie:
                – Jak śmiesz się odzywać? Przecież byłaś kapo!
   125   126   127   128   129   130   131   132   133   134   135