Page 128 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 128

ZEMSTA EDZI                          127



                Co się tyczy mnie, myślałam o niej, dużo myślałam, a nawet zaczęłam w dziwny
             sposób za nią tęsknić, nawet bardziej niż za Lolkiem. Głęboko w moim sercu
             wzrastała radość z tego, że Edzia, żywy dowód mojej krzty człowieczeństwa,
             istnieje na świecie, a to nieszczęście przytrafiło się nie jej, tylko Lolkowi. Nieraz
             czułam silny impuls, aby wybrać się do niej do domu. Ale przez jej nerwicę nie
             mogłam przewidzieć, w jaki sposób zareaguje na taką wizytę, ani tego, jak ja sama
             ją zniosę. Przekładałam ten krok z jednego dnia na następny.
                Tym sposobem minął ponad rok. Zaczęłam słyszeć od znajomych, że Edzia
             dochodzi do siebie, że codziennie chodzi do warsztatu i, jak gdyby nigdy nic,
             prowadzi dalej kaletniczy biznes. Ludzie zaczęli mówić, że Edzia ma żelazny
             charakter. Potem usłyszałam, że jej warsztacik rośnie i mimo ciężkich czasów
             przyjęła do pracy jeszcze dwóch fachowców. Słyszałam też coś o tym, że wyko-
             rzystuje swoich pracowników w bardzo nieładny sposób.
                Czas biegł naprzód. Lolek nadal często przychodził mi na myśl, a jeszcze
             częściej – Edzia. Wciąż planowałam do niej zadzwonić. Niejeden raz miałam już
             słuchawkę w ręku, ale jakiś ostrzegawczy głos kazał mi ją odłożyć. Po co dzwo-
             nić? Co jej powiem? Będę ją prosić o wybaczenie? Czy żałowałam mojej relacji
             z Lolkiem, nawet jeśli nie była ona zupełnie moralna? Czy nie ceniłam sobie
             drogo wspomnień tych godzin, które z nim spędziłam? Po co mam się rzucać
             w paszczę lwa? Tak, spodziewałam się teraz, że Edzia wskaże na mnie palcem –
             i zemści się.
                Trwało to tak, aż któregoś razu wieczorem w trakcie przerwy w teatrze sta-
             nęłam nagle twarzą w twarz z Edzią. Stała otoczona grupą mężczyzn i kobiet,
             zupełnie mi nieznanych, trzymając w ręce szklaneczkę likieru. Wiedziałam
             oczywiście, bez żadnych wątpliwości, że to Edzia – mimo to osłupiałam. Przede
             mną stała zupełnie inna postać: rozkwitająca, pociągająca kobieta – jak gdyby
             odbicie mnie samej.
                Miała na sobie elegancki strój, a moje doświadczone, fachowe oko z miej-
             sca poznało, że materiał jest pierwszej klasy, importowany, a ubiór uszyty jest
             w stylu, który ja sama wprowadziłam na salony. W butach na wysokim obcasie,
             bardzo podobnych do moich, ze smukłymi, kształtnymi nogami, z perfekcyjnie
             wyprostowanymi plecami i głową dumnie podniesioną ponad ramiona, zdawała
   123   124   125   126   127   128   129   130   131   132   133