Page 123 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 123

122                           OCALALI



            Z wdzięcznością pocałował mnie w rękę zimnymi, suchymi ustami. Następnie
         mówił dalej:
            – Nie masz pojęcia, jaki talent do wzbudzania poczucia winy u swoich naj-
         bliższych mają złamani ludzie. Uwierz mi, uciekłbym od tej winy, gdzie mnie
         oczy poniosą. – Lolek, zagubiony jak chłopiec, uśmiechnął się smutno. – Tylko
         czy od tej winy da się uciec? Czy da się uciec od siebie samego?
            Zakłuło mnie w sercu. Z całej siły starałam się nie myśleć o sobie, tylko skupić
         się na Lolku; to było mniej bolesne.
            – Nie masz powodu, żeby czuć się winnym – próbowałam go uspokoić. – Sam
         przecież mówisz, i to słusznie, że to wszystko wina kacetu. To on tak złamał Edzię,
         nie ty. Przeciwnie. Ty ją trzymasz przy życiu.


                                          *
         Tamtego wieczora Lolek był tak poważny, tak zatopiony w swoich egzystencjal-
         nych problemach, że porzuciłam myśl wstąpienia z nim do jakiegoś nocnego lokalu
         i świętowania tam moich urodzin. Zamiast tego pojechaliśmy na wzgórze Mont
         Royal, żeby przespacerować się nad jeziorem i po lesie. Powietrze było przyjemne,
         delikatnie muskające. Był koniec czerwca. Jeden z pierwszych prawdziwie letnich
         wieczorów. Nasze nastroje nie były jednak letnie. Rozpacz Lolka utrzymywała
         się. Serce przepełniało mi współczucie wobec niego, tak, wobec niego – nie Edzi.
         Wobec niej żywiłam zazdrość pomieszaną z pogardą. Jej godny pożałowania stan
         jednocześnie mnie satysfakcjonował i złościł. Czego nie mogłam jej wybaczyć,
         to siły, z którą panowała nad Lolkiem, tej brutalnej mocy jej słabości.
            Długo rozmyślałam nad sytuacją Lolka i na koniec doszłam do takiego
         wniosku:
            – Dla ciebie – odezwałam się do Lolka – byłoby na pewno zdrowiej, żebyś od niej
         odszedł. Żaden człowiek nie ma prawa zatruwać życia drugiemu. Ona cię rujnuje.
         Widzę to wyraźnie. Podcina ci skrzydła. Koniec końców stracisz swoje pozytywne
         nastawienie, swoją witalność, chęci do życia. Ona cię, nie daj Boże, zabije.
            Lolek machnął ręką:
            – Jestem tchórzem. Nie chcę jej mieć na sumieniu. Nie wytrzyma przecież
         beze mnie ani dnia. Ona jest moim garbem, rozumiesz, a ja muszę go nosić.
   118   119   120   121   122   123   124   125   126   127   128