Page 122 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 122

ZEMSTA EDZI                          121


                                               *

             Później, kiedy wyszłam z Lolkiem na ulicę, zaczął mi się żalić, że Edzia jest
             głównym powodem jego depresji, że coś jest z nią bardzo nie tak, pod wzglę-
             dem fizycznym, jak i psychicznym. Że jest rozkojarzona, żyje w innym świecie,
             że rozmawia z kocurem, jakby był człowiekiem, jednocześnie jej przyjacielem
             i wrogiem. Kopie go i głaszcze, śmieje się z niego i płacze nad nim. Mówił, że nie
             ma z nią wspólnego języka. Że ona żyje duchem w XIX wieku, czyta w kółko
             książki Tołstoja, płacze i lamentuje nad dręczonymi i poniżanymi postaciami
             u Dostojewskiego. I że jeśli on, Lolek, nie je kolacji w domu, ona żywi się kala-
             repą, jakby była w getcie, a często nie je nic. Jeśli nie pójdzie trochę popracować
             w warsztacie, to z nikim się nie zobaczy i nie wyjdzie na powietrze. Nic dziwnego,
             że jest ciągle chora i szwankuje jej głowa.
                – Potrafi godzinami siedzieć przy oknie i gapić się na wzgórze z krzyżem – żalił
             mi się Lolek. – Kiedy pytam, o czym tak marzy, odpowiada, że marzy o chwili,
             w której wszystkie Jezusy zejdą z krzyży, zostaną astronautami i wybiorą się na
             inne planety. Bo tu, na Ziemi, nie pasują; niechcący czynią duże szkody i z tego
             powodu robi się z nich bóstwa. I jeszcze podobne idiotyzmy. Sama widzisz, jak
             wygląda i jak się ubiera. Ja wiem, że to jej wszystko zostało z kacetu. To nie tak,
             że nie chcę mieć do niej cierpliwości. Ale kiedy człowiek nosi się jak robak… ona
             wygląda jak męczennica… z jej twarzyczką świętej Kunegundy i tymi jej mysimi,
             wystraszonymi oczami.
                – Może gdyby miała dziecko, prędzej by przyszła do siebie – skomentowałam
             bez przekonania.
                – O czym ty mówisz, Rela? – Lolek spojrzał na mnie z wyrzutem. – Przecież
             ona sama jest gorsza niż dziecko, jeszcze bardziej bezradna. Lata temu męczyła
             mnie o dziecko. Mówiłem jej często: najpierw ty sama stań się człowiekiem!
             Rozumiesz, Rela, nie wybaczyłbym sobie, gdyby do tego doszło. Nie chcę mieć
             życia takiego dziecka na sumieniu. Na szczęście już więcej o tym nie mówi. Ale
             i tak mam przeczucie, że nie traktuję jej wystarczająco dobrze.
                – Traktujesz ją bardzo dobrze – broniłam Lolka przed nim samym. – Przecież
             widzę, jak szlachetnie się do niej odnosisz. Podziwiam twoją cierpliwość i to, jak się
             o nią troszczysz. I sam fakt, że nie pozwalasz jej… przecież się dla niej poświęcasz.
   117   118   119   120   121   122   123   124   125   126   127