Page 114 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 114

ZEMSTA EDZI                          113



                Byliśmy jednak przyzwyczajeni do Pawłowych „szpilek”. Jego rozrywką było
             potępianie tak innych, jak i siebie samego. Za nim też ciągnęła się niebanalna
             przeszłość. W czasie wojny, kiedy tak bardzo zajmował się innymi, tkwiącymi
             w norach i melinach, złapano jego żonę i dziecko, i nigdy już nie zobaczył ich na
             oczy. Przez wszystkie te lata żył z poczuciem, że to on ich zabił. O tyle dobrze, że
             miał Sylwię, swoją pełną życia i pociągającą drugą żonę. Na siłę wyciągała go ze
             sobą na nasze spotkania. Miała do nas ogromny szacunek, a my wszyscy przeglą-
             daliśmy się w niej. Przybyła do Kanady tuż przed wybuchem wojny. Uważaliśmy
             ją za dobrze urodzoną, prawdziwą Kanadyjkę. Byliśmy z niej dumni. Paweł jed-
             nak jej nie doceniał. Sprawiał jej problemy. Sylwia nieraz otwarcie żaliła się na
             niego przed całą naszą grupą. Sadystycznie torturował ją wspomnieniami swojej
             pierwszej żony i dziecka, i ciągłym obwinianiem się za grzechy.
                Mimo że ignorowaliśmy uszczypliwe komentarze Pawła tak samo, jak ignoro-
             waliśmy słowa Edzi, w żadnym razie nie był on jej męskim odpowiednikiem. Po
             pierwsze, miał akademickie wykształcenie, którego my, dla których uniwersytetem
             był kacet, zazdrościliśmy mu. Po drugie, pomimo swojego braku entuzjazmu
             dla mody, wiedział, co się dzieje we współczesnym świecie. Ostatecznie, przy
             całej swojej goryczy, potrafił zrobić dla człowieka coś dobrego bez wielkiego
             zamieszania. To musiałam przyznać, niezależnie od tego, czy go lubiłam, czy
             nie. Wiedziałam na przykład od Lolka, że to Paweł zajmował się problemami
             zdrowotnymi Edzi, i robił to tak, że ani Edzia, ani Lolek nie czuli się z tym nie-
             zręcznie. Dlatego miałam swego rodzaju chłodny szacunek do Pawła, jednocześnie
             nienawidząc go i ignorując.
                A jeśli Paweł słusznie oceniał naszą grupę – co z tego? Czy jego opinia,
             szczególnie na temat Lolka i mnie, nie była sama w sobie powierzchowna? Jak
             głęboko był w stanie zajrzeć nam w dusze? Co Paweł wiedział o moim albo Lolka
             „ja”? Tragedia ludzka, czy lepiej ludzka tragikomedia, bierze się przecież stąd,
             że człowiek, który hoduje żmiję na własnym łonie i przyjmuje dzienną dawkę
             trucizny, nie widzi, że jego bliźni hoduje w sobie podobnego węża i również
             żywi się trucizną.
                To nie Paweł wiedział, to nie on się domyślał, że Lolek i ja byliśmy jak dwo-
             je tonących, którzy trzymają się jeden drugiego. I choć toną przez to coraz
   109   110   111   112   113   114   115   116   117   118   119