Page 113 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 113

112                           OCALALI



            Byłam wdzięczna Edzi za to, że mnie nie wydała. Słaba i bezradna, wykazywała
         w tej kwestii dziwną siłę charakteru. Dzięki temu i dzięki moim uczuciom wzglę-
         dem Lolka, czułam się jeszcze silniej do niej przywiązana. Dlatego też uważałam
         za swój obowiązek nie robić niczego za jej plecami i nie ukrywać przed nią prawdy.
            Nie chcę przez to powiedzieć, że przychodziło mi to łatwo. Ciągnęły się za
         mną jeszcze resztki dawnej seksualnej moralności; nie mogłam się ich pozbyć.
         Wywoływało to we mnie chorobliwe poczucie winy, które stapiało się w jedno
         z moimi pozostałymi silnymi wyrzutami wobec siebie. W wyniku tego stało się
         dla mnie jasne, że moje zachowanie bardziej niż wszystko inne było formą flirtu
         ze śmiercią. Zdałam sobie sprawę, że droczę się z Edzią, żeby ją sprowokować,
         by wycelowała we mnie palec i oskarżyła mnie. Z tego powodu moja otwartość
         wobec niej wymagała wiele odwagi.
            Co się tyczy naszych przyjaciół, odnosili się do mnie i Lolka tak, jak się tego
         spodziewaliśmy. Bez komentarzy. Nasza grupa składała się z par, które wzięły
         ślub po wojnie, część z nich po raz drugi. Większość par trzymała się razem i była
         sobie całkiem wierna. Ale naprawdę zgrana była tylko jedna para, może dwie.
         Dlatego jestem pewna, że większość towarzystwa podziwiała Lolka i mnie za to,
         że mieliśmy odwagę praktykować w życiu tę wolność, którą głosiliśmy przy stole,
         w trakcie naszych rozmów.
            Tylko Paweł, zazwyczaj milczący i zgorzkniały – zgorzkniały bardziej może ze
         swojego niż z naszego powodu – od czasu do czasu kierował strzały swojej żółci
         przeciwko Lolkowi i mnie. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo Paweł nie
         cenił w ogóle naszego towarzystwa jako całości. Twierdził na przykład, że jesteśmy
         grupą phonies, że jesteśmy nieszczerzy, nieautentyczni, że jesteśmy dyletantami,
         którzy pieją z zachwytu nad każdym nowym woalem, w który stroi się ta sama stara
         jędza. Zarzucał nam, że bez względu na nasze ciągłe gadanie o „duchu” i kulturze,
         przez wszystkie te lata nie zagłębiliśmy się w nic tak, jak należy, że żonglujemy
         pustymi frazesami i płytkimi sentymentami, że zachłystujemy się pianą tego tak
         zwanego życia kulturalnego i dajemy się nieść z prądem najnowszych mód – bo
         obawiamy się spojrzeć prawdzie w oczy. A prawda jest taka, że czujemy się obco
         w tym nowym świecie, że pchamy się we współczesność właśnie dlatego, że tak
         nas ona przeraża.
   108   109   110   111   112   113   114   115   116   117   118