Page 112 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 112

ZEMSTA EDZI                          111



                Zachwycał się moim doskonałym angielskim, najnowszymi wyrażeniami,
             których używałam i ubiorem zgodnym z najnowszą modą. Moje kameleonowe
             cechy bardzo przypadły mu do serca. Znajdowałam w nim zapalonego entuzjastę
             i wielbiciela. Czekał tylko na moje mrugnięcie, by pobiec i przynieść to, co akurat
             podyktował mi kaprys. Był stale na moje zawołanie. Czas nigdy nie był dla niego
             przeszkodą. Mógł na całe dnie wyrywać się ze swojego warsztaciku. Przyuczył
             Edzię, żeby go tam zastępowała.
                Jako że nie mieliśmy już z Lolkiem oporów, „filiżanka kawy” w moim miesz-
             kaniu zwykle przeciągała się do późna w nocy. Zakochanie się nie było niczym
             więcej jak naturalnym stadium w rozwoju naszej przyjaźni. Lolek obudził we
             mnie daleki odblask poetyckiego wdzięku, serdecznej czułości i ciepła, które to
             motywy towarzyszyły mojej dawnej, pierwszej miłości. Nie doszło jednak nigdy
             między nami do żadnych emocjonalnych scen, żadnych zazdrosnych rozliczeń,
             żadnych wymówek, jak to się zwykle zdarza dwojgu ludzi będących ze sobą
             tak blisko, jak my byliśmy. Jeśli Lolek któregoś razu, niechcący, przysporzył mi
             zmartwień, zmuszałam się, by zignorować ból. Romans z nim był największym
             skarbem, jaki posiadałam.
                Uważaliśmy z Lolkiem, że nie mamy powodu się wstydzić i ukrywać prawdy
             o nas przed naszymi przyjaciółmi – albo nawet przed Edzią. Jeśli o mnie chodzi,
             nie sądziłam, że powinnam się obawiać Edzi, nie dlatego, że i tak nie wiedziała,
             co się wokół niej dzieje, ani dlatego, że bałam się sprawić jej przykrość. To ostat-
             nie nawet nie przyszło mi do głowy. Rzadko myślałam o niej jako o człowieku
             z krwi i kości, widziałam w niej raczej symbol mojego wewnętrznego dobra.
             A kiedy faktycznie widziałam w niej człowieka z krwi i kości, uważałam ją za
             szczęśliwszą ode mnie. Lolek poświęcał się dla niej. Nie opuszczał jej i to do niej
             ostatecznie należał. Zazdrościłam Edzi. Powód, dla którego nie obawiałam się
             Edzi, wywodził się z zupełnie innego źródła. Miałam już pewność, że Lolek nie
             ma pojęcia o tym, co wydarzyło się między mną i Edzią w obozie. Nie wiedział
             nawet, że byłyśmy tam razem. Ja sama, gdy w naszym towarzystwie wypływał
             niespodziewanie temat tamtych czasów, nabierałam wody w usta. Na moich
             wargach nigdy nie zagościła nazwa naszego obozu, a jeśli bezpośrednio spytano
             mnie, w którym obozie byłam, odpowiadałam: gdzieś w bawarskim miasteczku.
   107   108   109   110   111   112   113   114   115   116   117