Page 111 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 111

110                           OCALALI



         a moje uczucia wobec niego pozostały takie, jak uprzednio. Nie zajęło długo,
         żeby słowa Pawła zaczęły mi się wydawać jakąś nietaktowną plotką, którą gdzieś
         podchwyciłam, i rozpłynęły się w mgłę, aż zdało mi się, że nigdy ich nie słyszałam.
         Na nowo widziałam w Lolku byłego partyzanta i cudownego człowieka, tego
         samego drogiego przyjaciela, serdecznego i wiernego.
            Każda kobieta czuła się dobrze, pokazując się z Lolkiem w restauracji albo
         w teatrze. Dlatego często wychodził z nami, swoimi przyjaciółkami, zwykle tam,
         gdzie mężczyźni nie mieli ochoty chodzić. Nie wiem, jak zachowywał się wobec
         innych kobiet po występie albo po kolacji. Ale ze mną wybierał się potem zwykle
         do mojego mieszkania na „filiżankę kawy”.
            Uważałam się za wolną kobietę. Przed wojną nazwano by mnie starą panną.
         W trakcie wojny straciłam mojego pierwszego i jedynego ukochanego. Potem
         przyszedł potwór Albert i do końca życia odebrał mi chęć do życia z mężczyzną.
         Jego „Ich liebe dich” zabiło we mnie wiarę w miłość romantyczną. Nie wyszłam za
         mąż. Nie dlatego, że nie było ku temu okazji, i nie dlatego, że nie ciągnęły się jesz-
         cze za mną jakieś resztki romantycznych uczuć, ale i tak nie mogłam mieć dzieci.
         To prawda, chciałam pociągnąć dalej dziedzictwo swojej rodziny, prześladował
         mnie jednak strach, że mogłabym przynieść na świat potencjalnych kapo. Taka
         byłam neurotyczna. Nawet czysto seksualne kontakty z mężczyznami dawały mi
         niewiele przyjemności. Nie mogłam z nich zrezygnować, potrzebowała ich moja
         samotność. Moje serce było rozorane milionem trosk. Dziwne przywidzenia nie
         przestawały prześladować mnie w ciągu dnia. Goniły mnie moje grzechy, a zamiast
         stawać się z czasem coraz mniej ważnymi, zdawały się rozrastać do ogromnych
         rozmiarów. Godzina rozrachunku czyhała ze wszystkich stron. Najczęściej spo-
         glądała na mnie z oczu dzieci, dziesięcioletnich dziewczynek w drodze do szkoły
         czy ze szkoły. Moje bezsenne noce nurzały się w grozie. A kiedy sen żadnym
         sposobem nie chciał przyjść, a ja wierciłam się w łóżku, serce przepełniała mi
         tęsknota, by poczuć bliskość drugiego człowieka, by czuć dotyk ciepłej skóry
         na mojej skórze.
            Lolek patrzył na mnie z ogromnym szacunkiem i z podziwem.
            – Jako jedyna z nas – chwalił mnie – całkowicie wyrwałaś się z naszego in-
         telektualnego getta.
   106   107   108   109   110   111   112   113   114   115   116