Page 103 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 103
102 OCALALI
W dodatku przez swoją postawę wydawała się mniejsza, niż była w rzeczy-
wistości. Szczuplutka, nieco przygarbiona, zawsze trzymała główkę wciśniętą
między podniesionymi ramionami, jak gdyby bała się, że zaraz coś jej spadnie na
głowę. Nawet numer obozowy wytatuowany na jej lewej ręce wyglądał bladziej
i bardziej niezgrabnie niż wszystkie inne, które widziałam. Kiedy poradziłam
jej któregoś razu, że powinna dać go sobie usunąć, z niespodziewaną złością
potrząsnęła główką i zawołała: „O nie! Tego nie!”.
W żadnym salonie piękności Edzia nie bywała, a jej włosy o nieco błotnym
kolorze – jakby dożywotnio pofarbowała je w błocie pod obozową latryną, gdzie
spotkałyśmy się po raz pierwszy – zwisały jej z głowy, jak gdyby opadłe, sztywne,
matowe, porwane. Opuszczona grzyweczka zakrywała jej całe czoło i brwi, jakby
pod tą firanką z włosów chciała całkiem ukryć swoją tak malutką twarzyczkę.
Ubierała się bez najmniejszego wyczucia smaku, w czyste wprawdzie, ale jednak
wyglądające brudno ubrania o nieokreślonym kształcie, jak gdyby również przy
ich pomocy chciała uniknąć spojrzeń ludzi.
Zachowywałam się wobec niej tak samo jak reszta towarzystwa. Pilnowałam
się, żeby nie zdradzić, jaką rolę odgrywa w moim życiu. Byłam przekonana, że
dokładnie takiego zachowania oczekuje z mojej strony. Byłyśmy zadowolone
jedna z drugiej. Jej wygląd ogółem mocno przypadł mi do serca. Wyglądała
dokładnie tak, jak sobie tego życzyłam. Bardzo ją lubiłam. Powiedziałam jej to
kiedyś, kiedy byłyśmy na osobności.
– Ja też bardzo cię lubię, Relo – odparła z komicznie smutnym westchnieniem.
*
Jak wspomniałam, o ile Edzia zupełnie się nie liczyła w naszym kręgu przyjaciół,
tak jej mąż Lolek liczył się bardzo. Zdaje mi się, że tylko dzięki niemu tolerowano
w ogóle Edzię w tym kręgu. Przyjaciele akceptowali ją, jak gdyby była swego ro-
dzaju wadą Lolka, skazą na jego charakterze. Czyniło go to, bohatera partyzantki,
bardziej ludzkim w naszych oczach. Tym żywił się tak nasz szacunek wobec niego,
jak i nasze współczucie. Nie wątpiłam, że gdyby Edzia była samotną kobietą,
taką, jaką na przykład byłam ja, nie miałaby wstępu do tego towarzystwa. Grupa
ta była bardzo wybredna, jeśli chodzi o pozwalanie byle komu na dołączenie.

