Page 396 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom pierwszy.
P. 396

Po chwili już całkiem był pochłonięty melancholijnymi wspomnieniami swo-
           ich dziecięcych lat oraz młodości. Panna Diamant patrzyła wprost na jego usta
           i zapomniała, gdzie się znajduje. Na początku jego przemowy była po prostu
           zadowolona, że nie każe jej odejść, że myśl o Wandzie i własnej samotności traci
           bolesną ostrość. Teraz jednak już zapomniała, co ją tu przygnało, po co przyszła,
           a nawet nie pamiętała, kim jest ona sama. Przed nią siedział mężczyzna, ojciec
           córki – a jednak dziecko o dorosłym, zatroskanym sercu i wnętrzu, w którym pano-
           wał wielki chaos. Czuła, że wszystko w niej wyrywa się, aby choć przez słuchanie
           pomóc mu odnaleźć w sobie sens, uwolnić się od przytłaczającego ciężaru. Jej
           dłonie, których od czasu do czasu dotykał, pragnęły wyciągnąć się w kierunku
           potarganej, czarnej głowy, aby ją pogłaskać ze słowami: „Mów… mów… dalej,
           dalej. Jestem tu po to, aby cię wysłuchać…”. Nie dziwiła się tej nagłej bliskości,
           która zagościła między nimi, jakby się znali całe życie.
             Samuel siedział ubrany niedbale, z krawatem przerzuconym przez ramię,
           rozpiętym kołnierzem koszuli. Kieliszek w jego ręku był pusty, a popiół z na wpół
           wypalonego cygara chylił się ku ziemi białym żarem.
             – Powiadam, miałem szczęśliwą młodość. Tak. Była szczęśliwa. Ale ostatnio, wie
           pani, panno Diamant, czasami w ogóle nie mogę zasnąć – uśmiechnął się. – A takie
           wielogodzinne leżenie w ciemności odbija się na człowieku. Wracają obrazy, których
           nie pamiętałem, jakby z prehistorycznych czasów mojego życia. Prehistoryczne
           czasy. Dobre słowo, co? Rozumiem przez to czas, kiedy pamięć jest czystą kartą…
           czystą kartą, na której jeszcze nie ma śladu pisma. Jego odbicie zostaje chyba
           gdzie indziej. Bo oto pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. Zwłaszcza ostatnio. Pani
           rozumie, panno Diamant? – ich spojrzenia spotkały się. On popadł w zadumę. Czy
           na pewno był pijany? Rzucił okiem na zegar. Wybiła już godzina szpery. Jak mógł
           o tym zapomnieć? Czy może ona była taka uprzejma, taka życzliwa, że nie chciała
           go zawstydzać, przerywając jego wynurzenia? Wstał i dotknął jej ramienia: – Proszę
           zostać tu na noc, panno Diamant. Dobrze? Pani wie, że szpera już się zaczęła?
             – Zostanę – niemal wykrzyknęła.
             Chciał ująć jej pomarszczoną dłoń i przyłożyć do ust, ale tylko na nią popatrzył,
           obchodząc stół kilka razy dookoła, wyrzucając wypalone cygaro i zapalając nowe.
             – I tak jestem zbyt rozbudzony… za dużo wypiłem, aby móc pracować… –
           Ponownie znalazł się naprzeciw niej, spoglądając jej w twarz. – Ja… opowiem
           pani o moim życiu, pracy… Nikomu nigdy o tym nie mówiłem. Jak to się robi?
           Zobaczmy, jak to brzmi: życie zredukowane do słów.
             Ale gdy tylko to powiedział, nie mógł znaleźć więcej słów. To była głupota,
           taki nagły impuls. Jakiś absurd. Nie miał doświadczeń tego rodzaju. Zagryzł
           zębami koniec cygara, huśtając się na oparciu fotela. Panna Diamant przyszła
           mu z pomocą:
             – A pańska matka? Proszę mi o niej opowiedzieć.
             Opowiedział jej o matce, o ojcu, o dziadkach i pradziadkach, o sobie i swoich
    394    odwiecznych wątpliwościach, czy posiada tę siłę, jaką dysponowali jego przod-
   391   392   393   394   395   396   397   398   399   400   401