I Ogólnopolski Konkurs "OPOWIEM CI HISTORIĘ" - opowiadania laureatów

There is no translation available.

29 maja 2026r. w Warckim Centrum Kultury odbyła się uroczystość wręczenia nagród w I Ogólnopolskim Konkursie "OPOWIEM CI HISTORIĘ... opowiadanie inspirowane losami lokalnych ofiar II wojny światowej", na którą przyjechali uczniowie, ich opiekunowie oraz rodzice z całej Polski. Centrum Dialogu miało zaczyt obiąć konkurs swoim patronatem, a podczas uroczystości wręczenia nagród reprezentowała je dyrektorka Kamila Majchrzycka i Aleksandra Zbieranowska z działu programowego.

W konkursie wzieło udział 28 uczniów z 18 szkół podstawowych z województw: łódzkiego, wielkopolskiego, małopolskiego, mazowieckiego, pomorskiego i podkarpackiego. Serdecznie gratulujemy wszystkim uczestnikom, doceniając ich zaangażowanie i potrzebę kultywowania pamięci. 

ola kamila warta 2026

 

Poniżej prezentujemy teksty laureatów: 

I miejsce
Aleksandra Studzińska

kl. VIII
Szkoła Podstawowa w Gołczy


Lisi schron


Zima 1943 roku w Wysocicach nie przypominała tych z czasów mojego dzieciństwa. Las, który
dawniej był dla nas ostoją spokoju i źródłem utrzymania, teraz zdawał się nas obserwować tysiącem
mroźnych oczu. Każde pęknięcie gałęzi pod ciężarem śniegu brzmiało jak wystrzał z karabinu, a
huczący w kominie wiatr niósł ze sobą echa dalekich wybuchów i krzyków. Nasza leśniczówka,
położona na uboczu, otulona gęstwiną świerków i jodeł, stała się samotną wyspą na morzu
nienawiści. Krajobraz wokół Skały i Ojcowa, słynący z malowniczych wapiennych ostańców, teraz
wydawał się martwy, skuty lodem i przykryty grubą, białą płachtą, która zamiast chronić, zdawała
się dusić wszystko, co żywe.
Mój mąż, Roman, wrócił właśnie z obchodu. Widziałam go przez okno, jak brnie przez
zaspy, które sięgały mu niemal do kolan. Sosny wokół domu uginały się pod czapami białego
puchu, tworząc fantastyczne, niemal upiorne kształty, przypominające zastygłe w bezruchu zjawy.
Roman otrzepał buty przed progiem, a do sieni wdarł się tuman mroźnego powietrza, który
natychmiast skroplił się na moich policzkach niczym zimne łzy. – Geniu, w lesie od strony Skały
widziałem świeże ślady opon – szepnął, siadając przy kaflowym piecu, z którego biło jedyne w
tym domu ciepło.
– Żandarmi węszą coraz bliżej. Musimy być jeszcze ostrożniejsi niż dotychczas. Pokiwałam
głową, nie mogąc wykrztusić słowa. Moje myśli natychmiast powędrowały pod deski podłogi, na
której stałam. Tam, w ciemnościach, które sami wydarliśmy ziemi, toczyło się życie sześciu osób.
Rodzina Kołataczów – żydowscy kupcy ze Skały, nasi przyjaciele, nasi bracia w cierpieniu. Od
1942 roku ich świat skurczył się do rozmiarów lisiego schronu. Nazwaliśmy go tak, bo tylko lis,
najbardziej zaszczute i przebiegłe zwierzę lasu, potrafiłby tak skutecznie zniknąć przed
drapieżnikiem w samym sercu niebezpieczeństwa. Wieczorem, gdy mróz zaczął jeszcze mocniej
ściskać ściany leśniczówki, a stare drewno trzeszczało w nocy niczym łamane kości, zeszłam do
nich z posiłkiem. Kuchnia była sercem domu, ale to, co znajdowało się pod nią, było jego najgłębiej
skrywaną tajemnicą. Przesunęłam ciężką szafę – nasz mechanizm bezpieczeństwa, który wymagał
precyzji i siły, by nie zostawić śladów na deskach. Podniosłam klapę, a z dołu buchnęło ciężkie,
wilgotne powietrze. W nozdrza uderzył mnie zapach, którego nigdy nie zapomnę: mieszanka
wilgotnej gliny, stęchlizny i ludzkiego potu. W słabym świetle lampy naftowej zobaczyłam ich
twarze – blade, niemal przezroczyste, z podkrążonymi oczami. Pani Kołataczowa siedziała na
sienniku, tuląc do siebie najmłodsze dziecko. Jej oczy były wielkie, czarne i pełne pytań, na które
nie miałam odwagi odpowiedzieć.
– Czy słychać już wiosnę, pani Genowefo? – zapytała cicho, a jej głos drżał jak płomień świecy
na przeciągu. – Czy ptaki już wracają do naszych lasów? Serce mi pękło. Za oknem szalała zamieć,
gałęzie brzóz smagały ściany domu jak bicze, a ona pytała o ptaki. Dla nich, uwięzionych w
ziemnej jamie, rytm natury był jedynym łącznikiem z dawnym, normalnym życiem. Każdy dzień
tam na dole był walką z ciszą, wilgocią i narastającą apatią. Dzieci, które powinny biegać po mchu
i zbierać jagody, uczyły się szeptać tak cicho, by ich głos nie przeniknął przez szczeliny w drewnie.
Kilka dni później nastąpił dzień, którego baliśmy się najbardziej. Ranek był wyjątkowo jasny,
słońce odbijało się od śniegu tak mocno, że aż raziło w oczy, tworząc oślepiającą poświatę. Ciszę
lasu przerwał nagle nienaturalny, metaliczny ryk silnika. To nie był wóz konny sąsiada. To był
ciężki, wojskowy samochód. Roman, który akurat rąbał drewno na podwórzu, zamarł z siekierą w
dłoni. Widziałam przez szybę, jak z pojazdu wyskakuje czterech żandarmów. Ich zielone mundury
odcinały się brutalną, obcą barwą od nieskazitelnej bieli podwórka.
– Aufmachen! – wrzask rozdarł powietrze, płosząc stado wron, które z głośnym krakaniem
wzbiło się znad pobliskich świerków, sypiąc śniegiem z gałęzi. Wpadli do środka z furią, wnosząc
ze sobą zapach spalin i nienawiści. Oficer, człowiek o twarzy twardej i nieczułej jak wapienne
skały w Ojcowie, zaczął uderzać kolbą pistoletu w nasz dębowy stół.
– Gdzie trzymacie Żydów? Wiemy, że tu są! Ktoś was widział! – krzyczał, a jego wściekłość
zdawała się wypełniać całą izbę. Stałam nieruchomo na środku kuchni, dokładnie w miejscu, gdzie
pod moimi stopami, zaledwie kilkanaście centymetrów niżej, znajdowała się głowa pani
Kołataczowej. Czułam każdą szczelinę w podłodze, każdy sęk w drewnie. Modliłam się w duchu:
Tylko milczcie. Tylko nie oddychajcie. Bądźcie jak kamienie. Roman wszedł do izby, trzymając
czapkę w dłoniach. Jego spokój był nienaturalny, wypracowany przez lata pracy w
gęstwinie, gdzie panika zawsze oznacza porażkę.
– Panie oficerze, jesteśmy tu sami, tylko ja, żona i nasze dzieci. Las jest ogromny, pełen
wąwozów i jaskiń. Może kogoś widzieliście w skałach, ale nie w moim domu – odpowiedział
spokojnie Roman, patrząc oficerowi prosto w oczy. Niemcy zaczęli brutalne przeszukanie.
Słyszałam, jak w pokoju obok wywracają szafki, jak bagnety z głuchym odgłosem dziurawią
poduszki, z których wylatywało pierze, wirując w powietrzu niczym płatki śniegu w słońcu. Jeden
z żołnierzy, młody chłopak o zaciętej twarzy, podszedł do szafy maskującej wejście do lisiego
schronu. Zaczął ją sprawdzać, czy nie jest odsunięta. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a
dłonie stają się lodowate jak sople zwisające z dachu. W tym krytycznym momencie, jakby sama
natura Wysocic postanowiła stanąć w naszej obronie, z dachu leśniczówki zsunęła się potężna
lawina nagromadzonego śniegu. Uderzyła o ziemię pod oknem z hukiem tak potężnym, że
przypominał wybuch granatu lub zawalenie się ściany. Ziemia zadrżała, a szyby w oknach
zajęczały. Żołnierze drgnęli, instynktownie chwytając za broń i wybiegając na zewnątrz,
przekonani, że to atak partyzantów ukrytych w lesie. Ten ułamek sekundy dekoncentracji, ten dar
od losu, uratował nam życie. Oficer, zniecierpliwiony, zmarznięty i poirytowany fałszywym
alarmem, machnął ręką na swoich ludzi.
– Weg! Tu nie ma nic poza tą polską biedą, brudem i śniegiem! – rzucił pogardliwie na
odchodnym. Kiedy warkot silnika w końcu ucichł w oddali, a ciężarówka zniknęła za zakrętem
leśnej drogi, w leśniczówce zapadła cisza tak głęboka, że słyszałam własne, szaleńcze tętno.
Wyszłam przed ganek, by zaczerpnąć tchu. Las szumiał kojąco, jakby chciał nas przeprosić za to,
co przed chwilą przeżyliśmy. Sosny kołysały się rytmicznie, a z oddali dobiegało miarowe stukanie
dzięcioła – dźwięk tak zwyczajny, a jednocześnie tak cudowny, bo zwiastujący powrót do
względnego bezpieczeństwa. Przetrwaliśmy w ten sposób dwa i pół roku. Od 1942 do mroźnego
stycznia 1945 roku nasza leśniczówka w Wysocicach była dla rodziny Kołataczów całym
wszechświatem, ich jedyną szansą na zobaczenie jutra. Kiedy w końcu nadeszło wyzwolenie, a oni
wyszli z lisiego schronu, wyglądali jak zjawy z innego świata. Ich skóra miała barwę popiołu, a
oczy, nieprzyzwyczajone do blasku dnia, łzawiły od słońca odbitego w resztkach śniegu.
Patrzyłam, jak odchodzą wąską ścieżką w stronę Skały, niknąc powoli między drzewami, które
przez lata były ich niemymi strażnikami.
Dziś, gdy patrzę na lasy wokół Wysocic, nie widzę już tylko drzew i skał. Widzę niemych
świadków tamtych dni, kiedy granica między życiem a śmiercią była cienka jak deska podłogowa.
Lisi schron dawno został zasypany, ale pamięć o tym, że pod tą podłogą, w samym sercu czarnych
lat, tliło się światło najczystszego człowieczeństwa, pozostanie we mnie na zawsze. Bo w tamtych
czasach, by pozostać człowiekiem, trzeba było mieć odwagę lisa, cierpliwość drzewa i serce, które
nie przestaje bić mimo paraliżującego strachu. To była nasza cicha wojna, wygrana nie karabinem,
lecz miłością do bliźniego i niezłomną nadzieją. A w pamiątkach rodzinnych do dziś przechowuję
dyplom, przyznającym nam tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

 

II miejsce
Aleksandra Tyrawa
kl. VII
Publiczna Szkoła Podstawowa nr 3 w Stalowej Woli


Kocham Cię, Mamo … Kocham Cię, Polsko...


– Kim pan jest?
– Mężczyzną, który zna życie z całym jego bogactwem – radości i smutki, chwile szczęścia i
gorycz klęski.
– Dziwnie pan mówi. Czy potrzebuje pan pomocy?
– Nie, a przynajmniej nie takiej, o której myślisz. Wszyscy odeszli. Jestem sam. Wspominam
swoje życie, by wybrać z niego to, co warte zapamiętania.
– A co w życiu jest najważniejsze?
– Nie wiesz, bo młoda jesteś. Posłuchaj zatem...
Nazywam się Mikołaj Kałuba. 10 września 2000 roku skończyłbym 92 lata. Słuszny
wiek! Pewnie wcześniej założyłbym rodzinę, zbudowałbym dom. Siedziałbym w fotelu z
ciepłym kubkiem herbaty, słysząc w oddali śmiechy moich najbliższych. Wieczorami
opowiadałbym dzieciom o swoich osiągnięciach sportowych. Nauczyłbym syna wszystkiego,
co potrzebne, by zostać cenionym inżynierem mechanikiem. Pokazałbym mój mundur
wojskowy, ordery, medale. Nauczyłbym go szacunku oraz miłości do ojczyzny. Może
patrzyłbym, jak dorastają moje wnuki...
Niestety, wojna - przerażająca, bezlitosna, niedopuszczająca wyborów - zabrała mi ten
czas, który uznaje się powszechnie za najpiękniejszy...
Świetnie pamiętam swój rodzinny dom. Białostocka ziemia, ukochana moja. Pięknie
kwitnące na fioletowo majowe bzy, złociste słońce, bezkresne niebo. I zapach fartucha mojej
najdroższej Mamy, Eugenii, w który chowałem swą twarz. I jej dobre, piwne oczy, którym
nawet trudy codziennego dnia nie zdołały odebrać blasku. I unoszący się w domu zapach
smakowitych posiłków. I niepowtarzalny klimat maminego pokoju, w którym zawsze jako
dziecko czułem się bezpiecznie, bo Mama troszczyła się o mnie bardzo, niczym o najcenniejszy
skarb. Była przy mnie również wtedy, gdy przyszedł czas rozwinięcia skrzydeł i wkroczenia na
nową drogę – gdy stałem się uczniem Państwowego Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta
w Białymstoku. To moment, w którym przyszły chwile zwątpienia. Liczby, litery, daty…
Wszystko mi się mieszało. Szkolne gmaszysko wydawało mi się takie wielkie i straszne, obce.
Oderwany o pępowiny matczynej miłości z trudem odnajdywałem właściwą ścieżkę, krocząc
po omacku wśród przeciwności, które piętrzyły się niczym najgroźniejsze góry. Wiedziałem
jednak, że czas biegnie nieubłaganie jak rzeka. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że ta rzeka
zaprowadzi mnie do miejsca, z którego nie będzie powrotu. Płakałem. Po cichu.
Lata szkolne minęły szybciej niż się spodziewałem. Trudno było uwierzyć, że to już
koniec, a zarazem początek czegoś nowego. Marzyła mi się kariera sportowa. Zawody, medale
i treningi stały się częścią mojego życia. Trenowałem lekkoatletykę w drużynie AZS Warszawa.
Ponoć byłem dobry w pchnięciu kulą, w rzucie młotem. Wielkiej kariery jednak nie zrobiłem.
Los zarządził inaczej i zamiast sportowcem zostałem… żołnierzem.
W 1939 roku los przyprowadził mnie tu, do Stalowej Woli, gdzie budowano właśnie
Zakłady Południowe. Z hukiem upadały drzewa okolicznych lasów, a w ich miejsce pięły się
mury huty – matki, która dała potem utrzymanie wielu pokoleniom. Wznosiły się bloki,
powstawały pierwsze osiedla. Mogłem wykorzystać swoje umiejętności pozyskane w trakcie
studiów na uniwersytecie w Warszawie. Rozpocząłem więc pracę jako inżynier mechanik i,
przyznam, podobało mi się to zajęcie. Uwielbiałem chodzić na spacery do pobliskiego
Rozwadowa. Na rynku otoczonym kamieniczkami zawsze było tłoczno, panował gwar.
Handlarze, przekrzykując się wzajemnie, zachęcali do kupna różnych produktów: od odzieży
po artykuły spożywcze. Pamiętam jednego z kupców; na imię było mu Joel. Ze wszystkimi
zawsze witał się głębokim ukłonem, chętnie rozmawiał. To była jedna z tych osób, które
utkwiły mi w pamięci, bo tacy ludzie zawsze są godni zapamiętania.
,, Halo, halo, tu Warszawa i wszystkie rozgłośnie Polskiego Radia. Dziś rano o godzinie
5 minut 40 oddziały niemieckie przekroczyły granicę polską, łamiąc pakt o nieagresji” – ten
komunikat słyszeli wszyscy, rozlegał się w każdym domu. Głos z radia brzmiał ciężko,
niepokojąco i był zapowiedzią dramatu, który przyszedł nieco później. Co jakiś czas można
było usłyszeć przelatujące samoloty. Syreny wyły, a komunikat radiowy powtarzano bez końca.
Na rozwadowskim rynku ludzie mówili coś na temat możliwego ataku ze strony Związku
Sowieckiego, choć wielu nie dopuszczało do siebie tej myśli. W tym samym roku przydzielono
mnie do 9. Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej w stopniu podporucznika rezerwy, a niedługo
potem do Ośrodka Zapasowego Artylerii nr 2.
Zmieniła się Stalowa Wola, zmienił się Rozwadów. Pojawili się obcy żołnierze, na ulicach
rozbrzmiewała twarda, niepokojąca mowa. Pewnego ranka zauważyłem niemieckie ciężarówki,
które na odkrytych platformach wiozły ciała. Wśród nich dostrzegłem kogoś mi znajomego.
Nie, to nie mógł być on. Próbowałem odrzucić tę myśl od siebie, lecz prawda była okrutna.
Tamtego ranka rozstrzelano większość mieszkańców żydowskiej kamienicy, gdzie mieszkał
mój znajomy Joel…
Jadąc do mojej kochanej Matki, dostałem się do niewoli sowieckiej. Wiedziałem, że
Matka martwiła się o mnie. Pewnie modliła się, przesuwając ziarenka różańca i prosząc Boga
o znak, czy jej żołnierzyk żyje. Jej głos otulał mnie jak najcieplejszy szal, gdy w sowieckim
łagrze próbowałem odciąć się od smutnej rzeczywistości. Z innymi polskimi oficerami trafiłem
na kilka miesięcy do Starobielska na przymusowe prace. Potem NKWD zdecydowało się
przetransportować nas ciężarówką gdzieś, skąd nie było ucieczki. Wszyscy mieliśmy złudne
nadzieje. Może nas wypuszczą? Może zlitują się nad nami? Widziałem wiele prób ucieczki.
Jakiś młody człowiek odważył się wyskoczyć z ciężarówki, niestety, kosztem życia.
Odmawiałem różańce, koronki, by chociaż trochę dodać sobie otuchy.
Przyszedł czas. Kazali nam wyjść z ciężarówki. Ziemia pod nogami była miękka,
wilgotna, jakby już wcześniej nasiąknięta ludzkimi łzami. Słyszałem ten płacz. Ktoś szeptał
imię żony. Ktoś patrzył na zdjęcia dzieci. Modlili się. Przed oczyma miałem mój dom. Mama
w drzwiach ocierała ręce o fartuch, jakby szykowała się na powitanie kogoś. Chciałem ją
przytulić. Powiedzieć, że ją kocham. Że żyję! Ktoś popchnął mnie do przodu. Cichy szum
brzozowych liści uciszał to, co miało się wydarzyć. Ukląkłem. Drżały mi dłonie, a wielka łza
spływała po policzku. Zrozumiałem, że już nic nie mogę zrobić. Że nie będzie domu, ani pracy,
ani śmiechu dzieci. Poczułem przy głowie zimno pistoletu. Zamknąłem oczy i wyszeptałem:
– Kocham Cię, Mamo…
– Już wiem, już rozumiem. Proszę nie odchodzić! Gubię pana postać! Gdzie pan jest?! Tyle
rzeczy chcę się jeszcze dowiedzieć!
– Kochaj Matkę i Ojczyznę. To wystarczy…
Pamiętałam o tych słowach, gdy 28 kwietnia 2025 r. wraz z koleżankami i kolegami
uczestniczyłam w uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej porucznikowi
Mikołajowi Kałubie, wybitnemu inżynierowi, sportowcowi, oficerowi Wojska Polskiego, który
wiosną 1940 r. zginął rozstrzelany przez Rosjan w Charkowie. Przy budynku mojej szkoły,
Publicznej Szkoły Podstawowej nr 3 w Stalowej Woli, już drugi rok szumi młody dąb zasadzony
na Jego cześć jako Znak Pamięci. Szumi, by przypominać, co w życiu jest najważniejsze...

 

III miejsce
Otylia Rzepnicka
kl. VIII
Szkoła Podstawowa im. kpt. pil. Stanisława Skarżyńskiego w Warcie


Jabłko - pamięć o człowieczeństwie


Odpoczywam po krótkim spacerze, siedząc na ławce. Czuję, jak słońce ogrzewa moją
twarz. Warta - miasto, w którym się urodziłam… jest mi bardzo bliskie. Gdy tylko tu
przyjeżdżam, czuję obecność mojej rodziny. To tutaj kiedyś byliśmy razem - nieświadomi, jak
łatwo można wszystko stracić…
Patrzę w dal i dostrzegam jabłoń. Jej widok przywołuje wspomnienia, które próbowałam
zostawić za sobą. To cios, który trafia prosto w moje serce. Rana jakby przebita nożem - nożem,
który ktoś bezlitośnie wyrwał, zostawiając mnie krwawiącą do środka.
Przymykam oczy i pozwalam samotnej łzie spokojnie spływać po policzku. Wyobrażam
sobie, że siedzę tu z moją rodziną. Chaja gra na mandolinie, a ja, Szewa i Lejb kibicujemy jej
talentowi. Jesteśmy beztroscy i niewinni. Ojciec też się uśmiecha - lubię ten widok. Melodia
unosząca się w powietrzu jest delikatna i czysta, jakby nie znała jeszcze ciężaru tego świata.
Myślę, że moja siostra jest stworzona do czegoś więcej. Jej muzyka nie powinna gasnąć tutaj,
bez śladu… Jest zbyt piękna, by należeć tylko do przeszłości. Wyobrażam sobie, jak jej dźwięki
wypełniają wielkie sale, a każda filharmonia pragnie gościć Chaję Goldberg.
Otwieram oczy i uświadamiam sobie, że mojej rodziny już nie ma. Zostałam tylko ja.
Dlaczego właśnie oni? Dlaczego to właśnie nas spotkało? Dlaczego? Słońce, które świeci, nie
rozjaśnia już tego dnia.
Znów spoglądam na jabłoń i przypominam sobie Auschwitz - miejsce, które odebrało
mi bliskich. Kiedyś jedno jabłko było marzeniem. Teraz jest tylko wspomnieniem tego, co
zostało mi odebrane. Wracam myślami do dnia, w którym chorowałam. Właśnie to miejsce
śmierci naznaczyło mnie najmocniej w czasie wojny. Każdego wieczoru nie wiedziałam, co
przyniesie następny dzień i czy w ogóle się obudzę.
Leżę nocą na zimnej pryczy, osamotniona. Przez wychudzenie i brak sił czuję
przeszywający ból kości. Doskwierający głód wcale mi nie pomaga. Z czasem przestaje być
tylko bólem - staje się wszystkim. Wypełnia każdą myśl, każdy oddech. Mój umysł zaczyna
działać inaczej. Nie potrafię już skupić się na niczym innym. Myślę tylko o jedzeniu. O jego
zapachu, smaku, o najdrobniejszych szczegółach, które kiedyś były nieistotne. Wspomnienia
mieszają się z rzeczywistością. Widzę przed oczami obrazy. Nie wiem, czy istnieją. Czuję
zapachy. Ale czy tak jest naprawdę? Wiem, że głód powoli odbiera mi nie tylko siły, ale i
zdolność normalnego myślenia. Sprawia, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Próbuję
przywołać w pamięci chwile sprzed wojny - z rodziną, przyjaciółmi i narzeczonym. Ale nawet
to nie działa. Nie widzę już iskry nadziei. Czuję pustkę, a myśli coraz częściej kierują się ku
końcowi. Bo do czego potrzebny jest chory więzień?
Ranek. Moje obozowe przyjaciółki opiekują się mną i próbują rozweselić w tej ponurej
rzeczywistości.
- Saro, może jest coś, co podniosłoby cię na duchu?
Myślę przez dłuższą chwilę nad tym pytaniem. Analizuję każde słowo. Uśmiecham się, a w
głowie pojawia się niemal nierealne pragnienie - jabłko. Mimo że wiem, jak absurdalne jest to
marzenie, mówię o nim. Dziewczyny cicho się śmieją, jakby przez chwilę chciały zapomnieć,
gdzie jesteśmy.
Dzień dłuży się w nieskończoność. Leżę, wsłuchując się w kroki i głosy. Czas przestaje mieć
znaczenie.
Nawet nie wiem, kiedy zapada wieczór. Słyszę ciche kroki. Ktoś podchodzi do mojej pryczy.
Otwieram oczy i widzę jedną z moich współtowarzyszek niedoli. Trzyma coś w dłoni. Jabłko!
Patrzę na nie w milczeniu, niedowierzając. To niemożliwe! W miejscu, w którym nie było nic,
nagle pojawiło się coś… coś tak prostego, a zarazem bezcennego. Jabłko.
- Dla ciebie – szepcze znany mi głos.
Dziękuję jej i rozświetlonym wzrokiem odprowadzam ją do wyjścia z baraku. Biorę ten dar
drżącymi dłońmi. Owoc jest zimny i… prawdziwy. Nie jem, po prostu dotykam go. Boję się,
że zniknie… że to kolejny sen… wytwór mojej wyobraźni. Powoli naruszam zębami jego
skórkę i miąższ., a ono rozpływa się w moich ustach swoją słodyczą. To nie sen! Wtedy
uświadamiam sobie, że dziewczyny zrobiły to! Moje przyjaciółki… moje kochane… one…
Narażając siebie, swoje życie, zdobyły dla mnie jabłko.
Ten gest jest czymś więcej niż podarowaniem jabłka. Jest świadectwem dobra drugiego
człowieka. Drobiazg, a zarazem wielka rzecz! W tym okropnym miejscu one ocaliły coś
najważniejszego - człowieczeństwo.
Otwieram oczy. Znów jestem w Warcie. Słońce nadal ogrzewa moją twarz, a jabłoń stoi
niewzruszona, jakby była świadkiem wszystkiego, co było i co przeminęło. Patrzę na drzewo
jeszcze przez chwilę. Ściskam w dłoni jabłko. Dziś mogę je zjeść bez strachu. Mogę żyć. Myślę
o towarzyszkach mojej niedoli… o tym, że nawet w najmroczniejszym miejscu człowiek potrafi
pozostać człowiekiem… jeśli tylko chce...

mkidn  Narodowe Centrum Kultury Narodowe Centrum Kultury

© 2020 Dialogue Center. Co-financed by the National Center for Culture as part of the Culture on the Web program.

Opening hours

BUILDING OPENING HOURS 

Monday - Friday from 11 AM to 6 PM
Saturday - Sunday from 12.00 PM to 6 PM

Admission to the building and all exhibitions
is free.

During the opening hours you can visit current exhibitions.
The last entrance to the exhibitions takes place half an hour before the closing of the building.


 

OFFICE OPENING HOURS

Monday - Friday from 9 AM to 5 PM
Saturday - Sunday CLOSED

Contact us!

Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi
ul. Wojska Polskiego 83, 91-755 Łódź
biuro@centrumdialogu.com

tel. +48 42 636 38 21
      +48 506 155 911

VAT ID PL7262636381

RIK 1/2010

REGON 101022466

BANK ACCOUNT
Bank Pekao S.A. 91 1240 3028 1111 0010 3752 7380