Page 234 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Chava Rosenfarb - Ocalali. Opowiadania
P. 234
CZERWONA PTASZYNA 233
życia, które leżą im w ramionach. Mania pomaga im. Z nabożnym szacunkiem
i błyskiem wdzięczności w oczach słuchają jej rad. Mania uczy je, jak trzymać
niemowlęta bliżej ciała, jak je karmić. Bawi się maluteńkimi paluszkami i pozwala
im obwijać się wokół swoich palców. Całuje je i daje im się wkradać do swoich ust.
Tym sposobem chodzi z sali do sali. Oto trafia do pomieszczenia, w którym
leży piękna, młoda matka na białym łóżku, a na jej rękach – niemowlę, które
Mania dopiero co widziała przez szybę. Piękna matka wygląda na zagubioną, jej
usta krzywią się, jakby ona sama dopiero co się urodziła.
– Co się stało? – pyta ją Mania.
– Ona nie chce… nie wie, jak ssać… – Młoda matka jest bliska płaczu.
– Ach, to nic takiego, moje dziecko. – Mania głaszcze zrozpaczoną, młodą
mamę po ramieniu i uśmiecha się do niej z matczyną łagodnością. – Już zaraz
nauczy się, w czym rzecz. Instynkt ją poprowadzi. Ale teraz, moja droga, wybacz,
że muszę ci zakłócić tę przyjemność… muszę od ciebie zabrać córeczkę… na
parę minutek, nie więcej. Trzeba jej zbadać krew. Tylko jedną kropelkę krwi jej
weźmiemy. Włosek jej z głowy nie spadnie, zapewniam cię. Jak można by zrobić
krzywdę takiej wspaniałej duszyczce?
Ostrożnie, delikatnie bierze Mania dziecko z rąk młodej matki i wychodzi
z nim na korytarz. Zabiera płaszcz z wieszaka w poczekalni i przykrywa nim
dziecko na swoich rękach. Nie idzie do windy, ale na klatkę schodową. Prędko,
prędko zbiega po schodach z drogocennym skarbem na rękach, tak wiele scho-
dów, w dół, w dół. W końcu wybiega na ulicę. Dopiero teraz zauważa, że wciąż
ma na sobie biały fartuch.
Gdy tylko Mania przynosi dziecko do domu i kładzie je na łóżku, wówczas
całe mieszkanie przepełnia światło, jak gdyby słońce przebiło się przez śnieg,
który nieustannie prószy na dworze, po drugiej stronie okna.
Rozlega się łomot, tępy, huczący dźwięk, jak gdyby zduszony, urwany jęk.
Może za głośno zamknęła drzwi, choć zrobiła to tak cicho. W domu panuje cisza.
Nie ma czasu, żeby się rozejrzeć, a mimo to widzi, że Fajwela nie ma. Trochę ją
to dziwi. Gdzie też mógł pójść w ten szabasowy dzień, zostawiając do tego trza-
skający w kominku ogień? Nie próbuje się nad tym głębiej zastanawiać. Musi się
pośpieszyć. W jej rękach spoczywa życie dziecka.

