Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi
  • EN

"Człowiek człowiekowi powinien być człowiekiem"

Marian Piwowarski

Spis treści

Przedstawiamy wspomnienia Mariana Piwowarskiego, Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, zapisane w maju 2005 roku przez uczniów klasy III b Gimnazjum nr 44 w Łodzi: Justynę Darnikowską, Angelikę Gajewską, Kamila Loosa, Rafaela Porosa pod kierunkiem Małgorzaty Balickiej. "Człowiek człowiekowi powinien być człowiekiem” - mówi Marian Piwowarski, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Przed wojną

     W młodzieńczych latach, przed wojną i w czasie okupacji, mieszkałem w Wołowie. Po wojnie miejscowość ta została wcielona do Stąporkowa. Leży na trasie Końskie - Skarżysko Kamienna. W czasie wojny w Wołowie znajdowało się około 100 domów, mieszkało około 400 mieszkańców. Nasze zabudowania były ostatnie w stronę Skarżyska. Mieszkaliśmy w dwufamilijnym, drewnianym domu, oznaczonym w tamtych czasach numerem 1, licząc od strony Skarżyska. We wschodniej części domu mieszkali dziadek z babcią i okresowo wujek, po stronie zachodniej zamieszkiwała nasza rodzina. Składała się z czterech osób: ojca Józefa (1900-1985), matki Stefanii (1910-1996), brata Henryka (1930-1946) oraz mnie, Mariana (rocznik 1928).

    Ojciec pracował w tartaku jako robotnik. W marcu 1939 roku został zmobilizowany do wojska; odbył kampanię wrześniową w batalionie samochodowym, został internowany na Węgrzech. Powrócił do kraju pod koniec 1940 roku. Zatrudniono go w tym samym tartaku Wołów, z tą różnicą, że zakład był już administrowany przez Niemca. Matka zajmowała się gospodarstwem domowym, po części dorabiała krawiectwem (szycie bluzek, spódnic, sukien).

  Zarówno brat, jak i ja uczęszczaliśmy do miejscowych szkół powszechnych w Wołowie i Stąporkowie. A w chwilach wolnych od nauki musieliśmy pomagać rodzicom w gospodarstwie rolnym. Posiadaliśmy około trzech hektarów ziemi ornej, w dawnych czasach ziemia ta nie była uważana za pierwszą klasę.

  Zarobki ojca oraz produkty z gospodarstwa rolnego pozwoliły z trudem wiązać koniec z końcem. Zwykle to wystarczało zaledwie do wiosny, w domu się nie przelewało. O tym, jaka panowała bieda, świadczy na przykład to, że jedną zapałkę dzieliło się na dwie części, żeby podpalać pod kuchnią. Nieraz bieda zaglądała nam w oczy. Stąd też ceniliśmy w rodzinie każdy godziwie zarobiony grosz, który szedł na utrzymanie. W rodzinie naszej ceniliśmy zasady uczciwości, prawdomówności oraz tolerancji. Nikt nikomu nie narzucał poglądów, ani ojciec, ani matka.

Rok 1939

  W naszej wsi przed wybuchem wojny mieszkały tylko dwie rodziny żydowskie. Jedną stanowił rzeźnik Mosze z żoną i synem Szymkiem. Chodziłem z Szymkiem do szkoły powszechnej. Rodzina ta po wybuchu wojny w 1939 roku wyjechała z wioski i ślad po niej zaginął. Drugą rodzinę tworzył właściciel sklepiku o nazwisku Haman z żoną i dwoma synami. Ich losy zakończyły się tragicznie, nie przeżyli trudnych lat okupacji. Ukrywali się w lasach, zdobywając żywność od zaufanych, okolicznych chłopów. Głównym dostawcą i utrzymującym rodzinę był ich najstarszy syn Lejzor - świetny krawiec. Za usługi krawieckie, świadczone po kryjomu, uzyskiwał w naturze środki do życia dla całej rodziny. A przecież obowiązywała godzina policyjna. Godzina ósma, zmierzch, po tej godzinie nikt nie śmiał się poruszać. Ryzyko było ogromne, ponieważ osoby zatrzymane przez patrol były poddawane represjom (z rozstrzelaniem włącznie, bez żadnego tłumaczenia). Któregoś zimowego wieczoru, idąc zaśnieżoną drogą w Stąporkowie, natknął się na niewidoczny, ubrany w białe futra, patrol żandarmerii niemieckiej. Wpadł w ich ręce. Następnego dnia podano wersję, że został zastrzelony podczas próby ucieczki. Jak było naprawdę, nie wiadomo. Wybuch wojny zastał mnie w wieku 11 lat, bowiem 1 września 1928 to data moich urodzin.

  W domu rodzinnym było nas teraz troje, ponieważ ojciec - jak już wspomniałem - został wcielony i brał udział w kampanii wojennej. Nauka w szkołach została zawieszona prawie na rok. Największym zaskoczeniem był dla nas fakt, że polskie siły zbrojne okazały się słabe, niedostatecznie uzbrojone. Pamiętam dzień 3 września, miało miejsce bombardowanie torów kolejowych przez dwa niemieckie samoloty. Na szczęście niecelne, torów nie uszkodzono. I okazało się, że w promieniu wielu kilometrów nie było ani jednego stanowiska obrony przeciwlotniczej. Samoloty z czarnymi krzyżami grasowały bezkarnie. Powracając z bombardowania Skarżyska „rycerscy” lotnicy niemieccy pozbywali się amunicji, ostrzeliwując z broni pokładowej zabudowania wiejskie. Trzy pociski karabinowe trafiły w nasz dom. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Uszkodzono dwie dachówki i przedziurawiono naroże domu.

 Na ironię zakrawa, że do tych samolotów tylko pan gajowy Szamański z Wołowa oddał kilka strzałów ze swojego rewolweru. Oczywiście samolotom nic się nie stało, odleciały na zachód. Jak się miały do rzeczywistości głoszone wtedy hasła „Silni, zwarci, gotowi”, a także słowa piosenki „Nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły, Śmigły Rydz”? Niemcy wkroczyli i zajęli ten teren 7 września 1939, czyli już po siedmiu dniach od rozpoczęcia wojny. Dla mnie, jako 11-latka to był szok, bardzo przykre przeżycie, wielki zawód.

  Pierwsze decyzje władz niemieckich wobec Polaków dotyczyły rekwirowania odbiorników radiowych, by nie znali informacji z innych źródeł niż propaganda niemiecka. Był obowiązek zdania broni, jeśli ktoś ją posiadał. Nałożono kontyngenty na płody rolne (w tym okresie na ziemniaki) na potrzeby armii hitlerowskiej i pilne ściągano kontyngenty z pomocą taboru i służb mundurowych formacji Sonderdienst. W późniejszym okresie rolnicy musieli sami dostarczać kontyngenty własnym taborem. Od wkroczenia armii niemieckiej łamano przejawy oporu ludności wszelkimi dostępnymi środkami. W odniesieniu do ludności żydowskiej wydano nakaz noszenia opasek z gwiazdą Dawida, by się wyróżniała na tle innych narodowości.