Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi
  • EN

„Głód” literacki głód fizyczny

Aleksander Klugman


  Nie pamiętam, ile miałem lat, gdy po raz pierwszy przeczytałem książkę „Głód” norweskiego pisarza Knuta Hamsuna, laureata literackiej Nagrody Nobla w roku 1920. I nie jestem wcale przekonany, że czytając, właściwie ją zrozumiałem. Są bowiem pojęcia, a głód do nich należy, których nie sposób wyjaśnić słowami. Nie ma np. słów, które mogą wytłumaczyć pojęcie „słodkie” czy „gorzkie”. Dopóki nie skosztujesz, nie zrozumiesz o czym mowa. Tak jest i z głodem, dopóki go nie zaznasz, żadne słowa nie są w stanie wiernie go oddać.



  Książka „Głód” zdobyła w swoim czasie światowy rozgłos, wprowadziła bowiem do literatury światowej temat, przed którym wrota świata literackiego były szczelnie zamknięte. Gdy przed napisaniem tych słów zajrzałem do słowników i encyklopedii, by zobaczyć jak ich autorzy wyjaśniają pojęcie „głód”, niezmiernie się zdziwiłem. W słownikach przeczytałem, że głód to „stan organizmu związany z niedoborem lub brakiem pożywienia”, a encyklopedia uczenie wyjaśnia m.in., że jest to „popęd ukierunkowujący zachowanie organizmu na pobieranie pokarmu, wywołany pobudzeniem (głównie wskutek niskiego poziomu glukozy we krwi) ośrodka głodu w przyśrodkowej części podwzgórza”… Wielkość Hamsuna (który notabene na stare lata się ześwinił i w okresie hitleryzmu stanął po jego stronie) polegała na tym, że jeszcze pod koniec XIX wieku zdołał przełamać istniejące dotąd przegrody i wprowadzić do ludzkiej świadomości, że głód to nie tylko niski poziom glukozy we krwi, ale w pierwszym rzędzie straszliwe niebezpieczeństwo i nie mniej straszliwa klęska homo sapiens, zagrażająca wszystkim jego wspaniałym osiągnięciom we wszystkich innych dziedzinach .

  Co to jest głód zrozumiałem, na własnej skórze, dopiero po latach. Gdy nas zimą 1939/40 przesiedlono do getta, panował tam jeszcze nieopisany chaos. Dwa tygodnie zabrało urządzanie się na nowym miejscu. Dopóki getto nie było szczelnie zamknięte, przekradaliśmy się kilkakrotnie do starego mieszkania i przynosiliśmy po kilka niezbędnych przedmiotów – trochę garnków, talerzy, pościeli, odzieży. Ojciec chodził po mieszkaniu jak lew w klatce. „Do własnego domu wchodzimy jak złodzieje w nocy” – mówił. Nie rozumiałem, co go tak denerwuje, mnie podobały się te nocne wyprawy, przypominające w jakimś stopniu zabawy na letnisku.

  Gdy po latach wspominałem ten okres, nie pamiętałem, co wtedy jedliśmy i czy w ogóle jedliśmy cokolwiek. Pierwszy raz w życiu odczułem głód. Nie był to jednak zdrowy, przejściowy głód, który zaspokaja się przy najbliższym posiłku, głód zwany zdrowym apetytem. Był to głód nieustający ani na chwilę, ssący nieznośnie w żołądku, niepozwalający się skupić nad żadną myślą.

  Gdy poczułem go po raz pierwszy, podszedłem do mamy i prosiłem, by mi dała coś do zjedzenia. Mama odwróciła wzrok, przycisnęła mnie do piersi i wybuchła płaczem. Co jej się stało? Dlaczego zachowuje się tak dziwnie? Ja jestem głodny, chcę jeść, a ona płacze. Czułem, że coś jest nie w porządku i także zacząłem płakać. Był to pierwszy w moim życiu posiłek złożony z łez. Moich i matczynych.

  Nigdy nie wyobrażałem sobie, że głód potrafi być taki dokuczliwy. Że nie pozwoli myśleć o niczym innym, tylko o jedzeniu. Nieraz budziłem się w nocy i półprzytomny szedłem instynktownie do spiżarki w kuchni, do garnków. Wszystko było zimne i puste.

  Ojciec spał, a może tylko udawał, że śpi. Czy naprawdę usłyszałem jego przytłumione westchnienie, gdy wracałem do swego łóżka, czy też tylko wydawało mi się to?

  Nazajutrz rano ktoś powiedział, że można otrzymać chleb. Kto posiada mały czterokołowy wózek, może pracować przy przewożeniu piasku z Marysina na drugi kraniec getta. Praca jest co prawda bardzo ciężka, ale płacą pół bochenka chleba.

  Brat spojrzał na mnie. Zrozumiałem. Jeszcze tego samego dnia wyrwaliśmy kilka desek z parkanu i sklecili sanki. Brat zaprzągł się do sanek, zupełnie tak samo jak to czynił, gdy bawiliśmy się w konia i woźnicę. Dobrych i użytecznych rzeczy człowiek uczy się nieraz w tych dziecięcych zabawach Ja popychałem z tyłu ten „wózek” bez kół, załadowany workami z piaskiem. W ciągu dnia obróciliśmy dwadzieścia razy w jedną i drugą stronę. – Czego płaczesz? – zdziwił się brat, ale ja wcale nie płakałem. Było mi gorąco, mimo mrozu. Brat wziął krople potu za łzy. Czemu miałbym płakać, skoro po pracy otrzymamy chleb!

  Otrzymaliśmy do spółki cały bochenek. Staliśmy jak skamieniali i patrzyliśmy na chleb. Połykałem go oczyma, zanim jeszcze wziąłem do ust. Chleb!

  Brat położył bochenek chleba na stole gestem zwycięstwa. Mama, wzruszona, podeszła i pocałowała go mocno w czoło. Także mnie dostało się kilka matczynych pocałunków. Ale czemu ojciec patrzy w bok, jak gdyby obrażony? Czemu milczy, naburmuszony? Jaką krzywdę mu wyrządziliśmy? Czym go uraziliśmy? Przecież przynieśliśmy chleb! Od kilku tygodni nie mieliśmy w ustach chleba, żywiliśmy się rozmaitym zielskiem, jakie wygrzebywaliśmy spod śniegu, lub zgniłymi i zmarzniętymi kartoflami, które matka skądś przynosiła. A teraz przecież znów leży na stole chleb! I to my – ja i brat – przynieśliśmy go! A tata siedzi nadęty. Czyżby tylko mnie wydawało się, że w kącikach oczu zaświeciły ojcu łzy? Dziwak.

  Smutny był to posiłek. Ja z bratem z ożywieniem opowiadaliśmy o przebiegu pracy; jak ładowaliśmy worki z piaskiem na sanki; jak wykorzystywaliśmy stromizny jezdni, aby sanki „same jechały”. Wszyscy słuchali uważnie, ale nie odezwali się słowem. Brat zauważył, że wszyscy milczą i urwał w pół słowa. Ojciec żuł kęs chleba powoli, jak gdyby nie mógł go przełknąć. Czemu się boczy, może chleb mu nie smakuje? Naprawdę, trudno go zrozumieć.

  W nocy usłyszałem, że rodzice szepczą między sobą: „Zjadamy dzieci”. Czyżby tata to powiedział? Nie rozumiałem, o co ojcu chodzi. Przecież jedli chleb, a nie nas.

  Nazajutrz, gdy wróciliśmy z pracy, brat oddał mamie chleb w kącie, by nikt nie zauważył. Ojciec jednak chleba nie tknął. Widząc, że atmosfera przy tych rodzinnych posiłkach staje się ciężka, mama podawała każdemu jedzenie o innej porze, aby nie trzeba było zasiadać do wspólnego stołu. Nigdy więc się nie dowiedziałem, czy ojciec wciąż nie bierze do ust chleba, przynoszonego przeze mnie i brata. Ale więcej o to nie pytałem...

  Ojciec chodził całymi dniami osowiały. Widać było, że coś się w nim załamało. Z jego dawnego optymizmu nie było już śladu. Czuł, że ster wymknął mu się z rąk. Przestał być głową rodziny i jej żywicielem. Kręcił się bezczynnie po domu – a dzieci przynosiły chleb. Nieraz zasiadał nad książką, ale widać było, że nie czyta. Błądził myślami gdzieś daleko. Gdzie?

  Jak uciec przed głodem? Naprzeciwko mieszkał Icek, przed wojną był młynarzem – zawód dość rzadki wśród Żydów. Młynarstwa nauczył się u swego dziadka, który kiedyś dzierżawił młyn na Zamojszczyźnie, skąd jednak wygnała go nędza. Obcując z chłopami, przejął od nich sposób myślenia. Nazywali go więc chłopek-roztropek; lubił też filozofować „na swój chłopski rozum” – jak mawiał .

  To on właśnie przekonywał mnie, że głód nie jest rezultatem odczucia fizycznego, ale tylko uczuciowego. Zdarza się przecież, że człowiek niczego do ust nie bierze, a mimo to nie odczuwa głodu. A innym razem je i je, a mimo to wciąż jest głodny. Bo głód idzie nie od żołądka – tłumaczył Icek – a od głowy.

  W oparciu o tę zasadę rozwinął teorię, w jaki sposób zaspokoić głód, niczego nie jedząc. Zgodnie z tą jego teorią można się nasycić przez samo mówienie o jedzeniu. Wypróbował to na sobie – jak zapewniał – z wielkim powodzeniem. Nieraz zastawałem go pogrążonego głęboko w rozmyślaniach, jak gdyby oderwanego od otaczającej go rzeczywistości. „Poczekaj chwilę – mówił mi – zaraz skończę kompot”. Myślałem, że oszalał, ale on mówił to z całą powagą. I podczas gdy wszyscy dookoła chudli z dnia na dzień, gdy głód przekształcał ludzi w chodzące szkielety, po nim w ogóle trudno było poznać, że nie dojada. Widocznie sute posiłki, które spożywał w swej fantazji, całkowicie mu wystarczały.

  Mnie nie wystarczały. Próbowałem także „jeść” w wyobraźni rozmaite smakołyki, ale to, zamiast zaspokoić głód, jeszcze bardziej go rozbudzało. Próbowałem więc odpędzić wszelką myśl o jedzeniu, zagłuszyć w sobie bezustanne rozmyślanie o chlebie – ale bezskutecznie. Myśl o jedzeniu wracała bez przerwy.

  Nie byłem wyjątkiem. Jedynym tematem, który ludzi interesował, o którym ludzie mówili – było jedzenie. I nie było przed tym ucieczki.  

  U przyjaciół rodziców poznałem kiedyś znanego pisarza, który wsławił się dalekimi wyprawami w świat. Nie było chyba na kuli ziemskiej zakątka, do którego ten pisarz włóczęga by nie dotarł. Każde spotkanie z nim było zawsze wielkim przeżyciem, nie tylko dla młodych, którzy chciwie słuchali jego opowiadań o dalekich i egzotycznych krajach, ale także dla starszych. Także obecnie opowiadał o swoich podróżach po świecie, o wizytach u dziwnych szczepów w Indiach, o spotkaniach z ludźmi, zupełnie niepodobnymi do ludzi. Ale osią jego opowiadań było teraz jedzenie, równie egzotyczne i dziwne, jak mieszkańcy dalekich krajów. Gdy mówił o dzikich gęsiach, na które polowało się w Indiach, a potem – przyprawione jakimiś dziwnymi przyprawami i zielskami piekło na rożnie – widziałem je przed oczyma, czułem podniecający zapach. A gdy pisarz rozwodził się o owocach, w jakie obfitują Indie – o ananasie i mango – czułem skurcze w żołądku. On był naprawdę wielkim pisarzem!

  Jedyną ucieczką przed głodem, przed bezustannym rozmyślaniem o jedzeniu, było czytanie książek. Nie zabraliśmy ze starego mieszkania do getta szafy bibliotecznej, ale na strychu gettowego mieszkania znalazłem sporo starych, mocno już podniszczonych książek. Gdy przeczytałem ostatnią z nich, zacząłem zamieniać się ze znajomymi lub przygodnymi amatorami literackiego ratunku przed głodem. I tak nauczyłem się pokonywać głód. 


Aleksander Klugman (ur. 1925 w Łodzi) – pisarz i publicysta, członek Związku Autorów Piszących po Polsku w Izraelu. Urodził się w Łodzi w rodzinie żydowskiej. Podczas II wojny światowej został przesiedlony do Litzmannstadt Ghetto. Po likwidacji getta w 1944 roku trafił do Auschwitz, a stamtąd do innych obozów koncentracyjnych w Niemczech. Po zakończeniu wojny wrócił do Polski. W 1957 roku wyemigrował do Izraela. W latach 1991-1997 był korespondentem "Rzeczpospolitej" w Izraelu. Jest oraz członkiem-założycielem Fundacji Polonica w Ziemi Świętej. Obecnie mieszka w Tel Awiwie. Aleksander Klugman jest autorem kilkunastu książek w języku polskim i hebrajskim oraz słowników polsko-hebrajskich. Publikuje m.in. w Midraszu.