2009

Odrodzony jak feniks Josef Buchmann

Joanna Podolska Gazeta Wyborcza
Został wywieziony z getta Litzmannstadt ostatnim transportem 29 sierpnia 1944 roku wraz z matką i siostrami. Trafił do Auschwitz-Birkenau, a potem innych obozów koncentracyjnych. Ocalał.

W rodzinnym mieście niewiele o nim wiadomo, choć jego nazwisko jest bardzo dobrze znane w świecie, a przynajmniej w Niemczech i Izraelu. Dziś jest poważnym biznesmenem, potentatem na rynku nieruchomości w Niemczech, ale też filantropem, który część swego majątku przeznacza na pomoc innym, przede wszystkim młodym ludziom. Przekazał też dużą sumę na budowę pomnika ofiar łódzkiego getta na stacji Radegast. - To, co zrobiła Łódź dla pamięci o Żydach łódzkich, jest ważne dla młodej generacji Polaków i Żydów, ale też dla tych, co przeżyli getto - mówił podczas pobytu w Łodzi.

Josef Buchmann urodził się w Łodzi 10 lipca 1930 roku (choć w dokumentach jest też inna data: 12 grudnia 1929 roku). Jego ojciec Lajzer Buchman - w papierach jego nazwisko występuje z jednym "n" - był działaczem związkowym; reprezentował związek rzeźników. Matka Sura Chaja pochodziła z pobożnej rodziny Haftornik. Mieszkali przy ul. Zgierskiej 78 niedaleko Bałuckiego Rynku. Josef pamięta, jak chodził tam z mamą na zakupy po warzywa. Ale najlepiej wspomina wakacyjne wyjazdy do Wiśniowej Góry.

- Z tego okresu zachowało się jedyne rodzinne zdjęcie. Jesteśmy na nim wszyscy razem. Zostało wysłane do wujka w Ameryce i po wojnie dostałem je z powrotem - opowiada. Stoi teraz na honorowym miejscu w jego frankfurckim mieszkaniu.

Był jedynym chłopcem w rodzinie, poza nim w domu były jeszcze cztery siostry: Ruchla (ur. 1920), Szajndla (ur. 1923), Alta (ur. 1927) i najmłodsza Estera (ur. 1932).

Dziadek Josefa był gabajem, czyli osobą, która opiekuje się synagogą, zbiera i rozdziela datki, pomaga potrzebującym. Jego grób jest na łódzkim cmentarzu. Tak jak innych członków rodziny, którzy zmarli w Łodzi.

W 1940 roku, gdy Niemcy zamykali łódzkich Żydów w getcie na Bałutach, Buchmanowie zostali w swoim mieszkaniu na Zgierskiej. Naziści zmienili ją wówczas na Hohensteinerstrasse, a Łódź na Litzmannstadt. Ulica była wyłączona z getta, jeździły nią tramwaje i samochody. Naziści oddzielili je zasiekami z drutu kolczastego, a wokół ustawili żandarmów. Trzeba było uważać, żeby jakiś wartownik nie uznał, że ktoś jest zbyt blisko drutów i chce uciec. Wtedy mogli strzelać. Tak zginęło bądź zostało zranionych wiele osób. Ojciec Josefa na początku pracował w dziale mięsnym, ale bardzo krótko. Potem był furmanem. Zmarł w getcie na zapalenie płuc w 1942 roku, miał 48 lat. Josef i jego siostry pracowali przy wywożeniu nieczystości. To była bardzo ciężka praca, jedna z najgorszych, ale dość dobrze opłacana. Pracowała nawet dziesięcioletnia Esterka. Udało się ocalić ją przed deportacją podczas tzw. wielkiej spery, gdy Niemcy kazali wywieźć wszystkie dzieci poniżej 10 lat.

Buchmann podkreśla, że starsze siostry bardzo mu pomagały. - Jako jedyny chłopiec byłem w rodzinie bardzo rozpieszczany - przyznaje. Udawało im się unikać kolejnych wysyłek. W 1943 roku przenieśli się o kilka domów dalej pod numer 84. Pracowali aż do likwidacji getta.

29 sierpnia 1944 roku Josef z matką i siostrami trafili na stację Radegast, gdzie zostali wpędzeni do bydlęcego wagonu. Podróż trwała wiele godzin. Drzwi otworzyły się w Birkenau. Mama i mała siostra od razu zostały zabrane do komory gazowej.

Josef przeszedł kilka obozów, został wyzwolony w Bergen-Belsen przez Anglików. - Wśród oficerów angielskich był Chaim Herzog, późniejszy prezydent Izraela - wspomina.

W roku 1945 Buchmann wrócił do Łodzi. - Chciałem znaleźć kogoś z rodziny. Dowiedziałem się też, że moje siostry są w Słupsku, i pojechałem do nich. Postanowiliśmy wyjechać do wujka do Ameryki. Ale najpierw trzeba było dostać się do Niemiec. Zarejestrowali się w obozie dla dipisów (od skrótu DP - displaced persons) w amerykańskiej strefie we Frankfurcie nad Menem i czekali na papiery do Stanów Zjednoczonych. W końcu jedna z jego sióstr pojechała do Francji, druga postanowiła pojechać do Australii. Ale on został, uparł się na Amerykę. W międzyczasie jednak umarł wujek i w ten sposób został we Frankfurcie. - Tak się złożyło - tłumaczy. To wtedy, jako bardzo młody człowiek, zaczął błyskotliwą karierę. Plotek o tym, w jaki sposób zrobił fortunę, jest sporo. Buchmann mówi na ten temat oszczędnie, ale nie ukrywa, że dorobił się na czarnym rynku. - Biznes zaczynałem od skarpetek, założyłem niewielką fabryczkę i sprzedawałem je do Belgii - opowiada.

Kiedy w 1948 roku obóz DP został rozwiązany, Josef i jego przyjaciele (też ocaleni z getta) założyli niewielki sklep w sercu Frankfurtu. Już w połowie lat 50. powstał projekt, który w przyszłości miał Buchmannowi przynieść ogromny sukces. W krótkim czasie stał się potentatem na rynku nieruchomości. W 1962 roku wybudował pierwszy we Frankfurcie drapacz chmur. Była to jednocześnie jedna z pierwszych tego typu budowli w Niemczech. Od tego czasu ma na koncie wiele innych potężnych inwestycji, w tym Nordwest Center, które zmieniły wygląd miasta i dały mu inne oblicze. Od wielu lat zarobione pieniądze przeznacza w znacznym stopniu na edukację, kulturę i pomoc socjalną. "Nie chcę wkładać pieniędzy tylko w zaprawę murarską i kamienie, ale także w ludzi" - wyznał kiedyś.

Ariel Sharon, premier Izraela, przy okazji wręczania Buchmannowi doktoratu honoris causa uniwersytetu w Tel Awiwie w 2002 roku, napisał: "Josef Buchmann jest żyjącym świadectwem losu narodu żydowskiego, który nawet po tragedii Holocaustu odrodził się jak legendarny Feniks i odbudował nowe życie".

Od blisko 20 lat Josef Buchmann jest znowu obecny w rodzinnej Łodzi. Przyjechał pod koniec lat 80., to były jeszcze czasy komunistyczne. - Jak zobaczyłem tę biedną gminę żydowską na ul. Zachodniej, postanowiłem im pomóc - mówi. Od tego czas każdego miesiąca przysyła pieniądze z przeznaczeniem na stołówkę dla biednych członków gminy. Nie przestał nawet wtedy, gdy wydawało się, że łódzka gmina stanęła na nogi.

Kilkanaście lat temu zaczął również finansować porządkowanie cmentarza żydowskiego w Łodzi. Dał wówczas pieniądze, by na polu gettowym, gdzie były groby ludzi zmarłych w czasie wojny, postawione zostały niewielkie pomniki. Stanęło wtedy kilkaset betonowych nagrobków, ale bardzo szybko zaczęły niszczeć. Prac nie udało się dokończyć, o co fundator przez kilka lat miał żal do kilku łodzian. Ale parę lat temu znowu dał się namówić na wsparcie projektu pomnika na stacji Radegast. - Widzę, że teraz tu naprawdę coś się robi w celu upamiętnienia ofiar getta - podkreśla. Pierwszym krokiem było sfinansowanie wpisów danych osób pochowanych na cmentarzu do komputera, które realizuje Fundacja Monumentum Iudaicum Lodzense. Potem przekazanie miastu 250 tys. euro na stację Radegast. Robi to, by uczcić pamięć swoich rodziców, Lajzera i Sury, którzy byli z Łodzi.