Wielka Szpera w "Kronice Getta Łódzkiego"

1942, wrzesień – Biuletyn Kroniki Codziennej,

APŁ, PSŻ 1084, 2–5.

Litzmannstadt–Getto, dnia 14 września 1942 r., t.2,  s. 487 - 492

Okres 5–12 września 1942 r. pozostawi niezatarte wspomnienie u tej części ludności getta, [do] której uśmiechnie się los i przetrwa okres wojny.

Dziś jeszcze trudno zdać sobie sprawę z tego, co zaszło. Przez getto przeszedł żywioł, który zmiótł z powierzchni około 15 tysięcy osób (dokładnej liczby nikt jeszcze nie zna) i życie jak gdyby znów powróciło do dawnego koryta.

W przemówieniu swoim z dnia 4 września 1942 r. (godz. 16) Pan Prezes zapowiedział, że na żądanie władz nastąpić musi wysiedlenie około 20 tys. Żydów z getta w wieku do lat 10 i powyżej lat 65. Takie instrukcje otrzymała Komisja Wysiedleńcza, w skład, której weszli: pp. kom. Rozenblat, mec. Jakobson, mec. Neftalin, kom. Blemer, asp. Grynberg i sztab urzędników. Siedzibą Komisji było drugie piętro przy Pl. Kościelnym 4 (w lokalu Głównej Komisji Fachowej), zaś na pierwszym piętrze, w lokalu Wydziału Statystycznego wykonywana była praca przygotowawcza, która polegała na tym, że z 19 ksiąg ewidencji ludności, dom za domem, mieszkanie za mieszkaniem, wypisywano kolejno rodziny na oddziel­nych karteczkach z podaniem dokładnego wieku. Początkowo pracowano na dwie zmiany po 12 godzin każda, później zaś załogi po 38 osób (po dwie osoby dla każdej książki) zmieniały się co 8 godzin. Przygotowany materiał, ułożony we­dług ulic przechodził na drugie piętro, skąd odsyłany zostawał do poszczególnych Komisariatów Służby Porządkowej dla wykonania.

W myśl obwieszczenia Pana Prezesa z dnia 4 bm. zawieszony został ruch pie­szy z dniem 5 bm. od godz. 17 aż do odwołania i wtedy też rozpoczęła się akcja wysiedleńcza policji żydowskiej. Aresztowania osób do wysiedlenia następowały na podstawie materiału Komisji Wysiedleńczej, w miarę otrzymywania, którego zbierano ludzi w różnych częściach miasta i odstawiano do punktów zbornych. Nazywało się, że gdyby ta akcja natrafiła na jakiekolwiek trudności lub też opór wtedy wkroczą władze niemieckie. Zaledwie jednak rozpoczęła się ta akcja, a już w poniedziałek 7 bm. słyszało się o przejęciu inicjatywy przez władze niemieckie, które nie opierały się na żadnych wykazach, lecz kierowały się wyłącznie wraże­niami optycznymi.

Zasadniczo wyglądało to tak, że blok za blokiem zostawał otoczony przez po­licję żydowską i po kolei do każdego domu wkraczał przedstawiciel władzy (ge­stapo) w otoczeniu całej chmary policji i straży ogniowej żydowskiej. Wystrzałem dawano sygnał do zbiórki, po czym wszyscy mieszkańcy danego domu zwoływani zostawali na podwórze, ustawieni w dwuszeregu podlegali przeglądowi przedsta­wiciela władzy. W międzyczasie policja żydowska rewidowała mieszkania i spro­wadzała ewentualnie ukrywających się lub też chorych. Akcja taka w mniejszych domach trwała nieraz tylko kilka minut. Po jednej stronie ustawiani byli depor­tanci, po drugiej zaś ci, którzy mieli zostać. Wybrani do deportacji odsyłani byli na wozach do punktów zbornych. Dla lewej strony getta punktem zbornym był szpital przy ul. Drewnowskiej, zaś dla prawej – szpital przy ul. Łagiewnickiej. Ponieważ akcja odbywała się w tempie niezmiernie szybkim i wozy stale odcho­dziły i przybywały do szpitala, wydelegowani do spisywania deportantów urzędni­cy nie mogli nadążyć spisać przywiezionych i tylko część ujęta została spisem, inni zaś wywiezieni zostali z getta autami, a personalia ich nie zostały i może nigdy nie zostaną już ustalone.

W świetle tych wypadków praca Komisji Wysiedleńczej i połączonej z nią Komisji Ewidencji Ludności okazała się, zatem zupełnie zbędną, aczkolwiek nie przerywano jej przez cały czas wysiedlenia. Spisano całą ludność na około 60 tys. karteczek, które przechowywane są pod kontrolą Komisji i mogą ewentualnie słu­żyć przy następnym spisie ludności dla porównania.

Do przenoszenia na wozy słabych i chorych zmobilizowano tzw. „białą gwar­dię“, tj. tragarzy z Wydziału Aprowizacji z Janklem Rozenbergiem (a-Chmolem-a ) na czele i rodziny tych ludzi zwolnione zostały od deportacji.

Przy ładowaniu na wozy zdarzało się, że ludzie, albo przez niezrozumienie albo też umyślnie próbowali przedostać się do grupy pozostawionej; rozprawa w takich wypadkach była bardzo krótka i odbywała się na oczach zebranych lokatorów. Nie wyklucza to jednak faktów ucieczki z wozów lub w drodze, nie przekreśla to również ratowania się ze szpitala na drodze legalnej, czy też nielegalnej. Na drodze legalnej ratowali się przeważnie ludzie zatrudnieni w resortach. Odwołanie takie kierowane było przez przedstawiciela resortu do p. Arona Jakubowicza, który pod­czas tej akcji odegrał bardzo czynną rolę przy zwolnieniu tzw. „resortowców”.

Ażeby zachęcić policję żydowską i straż do sumiennego przeprowadzenia akcji, przyrzeczono im ochronę najbliższej rodziny. Toteż ulokowano dzieci w szpitalu i izolowano je od pozostałej ludności, zaś dla osób starszych i specjalnie protego­wanych urządzono izolatkę na Marysinie. Takich szczęśliwych było około 1 500 osób, które, mimo starości i ułomności, uchronione zostały od wysiedlenia.

O ile jednak ładowanie na wóz nie zamykało jeszcze drogi do ratunku, to wsadzenie deportantantów do auta (były to ciężarówki pięciotonowe z przyczepkami wysoko obstawione deskami) przekreślało wszelką nadzieję ratunku. Auta te od razu opuszczały getto i wracały po upływie niespełna godziny. Wnioskować z tego można było, że miejsce wysadzenia deportantów nie było zbyt odległe od getta.

Na terenie szpitali odgrywały się dramatyczne sceny. Próby ucieczki likwidowane były krwawo. Przy tak szybkim tempie postępowania Władze nie zasta­nawiały się nad pobudkami ani też przyczynami tego czy innego postępowania. Przy ul. Zgierskiej 38 starsza kobieta – Sieradzka – nie zrozumiała, czy kazano jej pójść na prawo, czy też na lewo i, zamiast na wóz, doszła do grupy „pozostawio­nych”. Władze tłumaczyły to chęcią ucieczki. Wspomniana została zastrzelona na miejscu. Przy ul. Zgierskiej 3 Rozenblum, chłopak trzynastoletni, usiłował ukryć się w śmietniku; został spostrzeżony i zastrzelony. Takich ofiar nalicza się wiele, a jeszcze liczniejsze były wypadki zranienia podczas strzelania do tłumu.

W środę, dnia 9 bm., akcja po lewej stronie getta była jakoby zakończona i nawet zezwolono już na grupowe odbieranie chleba. Ludzie rzucili się na ko­operatywy, ale nie wszystkie punkty posiadały chleb na składzie i wydawano zlecenia do piekarń. Na ogół akcja ta wypadła dość składnie. Gorzej wyglądała sprawa z odbiorem ośmiokilowych racji kartofli, których lwia część getta nie zdą­żyła odebrać przed „szperą”. Bez kartofli i chleba, bez dowozu, ludzie formalnie głodowali i zrozumiałe, że z chwilą rozpoczęcia rozdawnictwa kartofli i twaro­gu w sklepach mlecznych – na Bazarach, na Wesołej i na Rybnej utworzyły się ogromne „ogonki”. Wtem nadjechało autem kilku przedstawicieli władzy od stro­ny ul. Limanowskiego. Widząc tłumy ludzi na ulicach, gdy zasadniczo „szpera” jeszcze nie została podniesiona, zaczęli strzelać, tłum się rozbiegł do przyległych domów i ukrył się po mieszkaniach. Byli to ludzie już przedtem komisjonowani i zwolnieni z deportacji. Władze jednak wezwały wszystkich do wyjścia na ulicę i tu znów, po ustawieniu w dwuszeregu, segregowano i wyznaczano do deportacji. Do uciekających strzelano i ponoć było 17 rannych. W drugim punkcie – przy ul. Wesołej – zapędzono z ogonków na stary cmentarz żydowski, z ul. Bazarnej zaś – na dziedziniec domu przy ul. Bazarnej 10, a tam przez otwór w płocie kazano również przejść na cmentarz. Nagle od strony ul. Krótkiej nadeszło pięciu przed­stawicieli władzy, którzy ponoć ścigali trzech uciekających. Widząc tłum, zebrany na cmentarzu, zażądali wydania zbiegów. Ponieważ było to zbiegowisko czysto przypadkowe, mowy być nie mogło o ustaleniu winowajców.

Na cmentarzu przetrzymano ludzi około dwóch godzin, wiele osób zakwalifikowano do deportacji, a pięć osób zastrzelono. O scenach, które rozegra­ły się na cmentarzu, obecni dużo opowiadają.

Po zakończeniu akcji normalnej, zaczęła się tzw. weryfikacja „na wyrywkę”. Zamiast na dziedzińce domów, zwoływano już teraz przeważnie (na mniejszych uliczkach) wszystkich mieszkańców na ulicę i tu również zabierano na wozy wielu takich, którzy dawniej byli zwolnieni. Ofiarą padło wiele osób, które – wobec nieprzestrzegania szpery – przypadkiem okazało się w wizytowanych dzielnicach. Na ogół jednak ponowny przegląd nie dał wielkich plonów i były domy, z których nie zabrano ani jednej osoby.

Kryterium poszczególnych wizytatorów było też bardzo różne, a świadczyć o tym może fakt, który miał miejsce przy ul. Zgierskiej 38. Dom ten o licznych oficynach, zamieszkały jest przez przeszło 200 rodzin. Jedna z oficyn prawych ma również wyjście i okna na podwórze domu nr 40. Przy ul. Zgierskiej 38 lustra­cja była już ukończona, gdy na sąsiednim dziedzińcu jeszcze trwała i mieszkańcy wspomnianej oficyny, powróciwszy do mieszkań, przez ciekawość wyjrzeli oknem na akcję w sąsiednim domu. Zauważył to oficer lustrujący i kazał wszystkich spro­wadzić na podwórze. Przy tej ponownej lustracji – z 50 obecnych zakwalifikowa­no do wysyłki – 40 osób. Dopiero dzięki interwencji p. A. Jakubowicza, bowiem byli to przeważnie ludzie zatrudnieni w resortach, wielu zwolniono; niektórzy jednak padli ofiarą tego przypadku.

Niewykluczona była interwencja na miejscu, a skuteczna okazała się w wielu wypadkach akcja taka podjęta przez naszą policję. Tego i owego można było rato­wać przed i po załadowaniu; wszystko zależało od danego oficera policji. Znane są również wypadki bezpośredniej osobistej interwencji. Kobieta w wieku lat 40, zatrudniona w aparacie gminnym, zostaje zakwalifikowana do wysyłki, zwraca się bezpośrednio do wizytującego oficera dobrą niemczyzną i zostaje zwolniona. Były wypadki, że ludzie o bardzo mizernym wyglądzie pozostawieni zostali na skutek oświadczenia przedstawicieli naszej policji, że są dobrymi i pożytecznymi pra­cownikami getta, a w innych wypadkach wystarczyło przyznanie się żydowskiego policjanta do pokrewieństwa z deportantem. Oczywiście, że wszystko to było ra­czej przypadkiem i wyjątkiem aniżeli regułą. Decydującym faktorem natomiast przy zwolnieniu w wielu wypadkach był zewnętrzny wygląd. Dało się zauważyć, że ludzi lepiej wyglądających, a szczególnie czysto ubranych, nie zabierano. Na tej podstawie zostawiano ludzi w wieku ponad lat 70, a zabierano innych w średnim wieku i nawet młodzież.

Jak już widzieliśmy, przy zabieraniu z domów nie spisywano nazwisk, w punk­tach zbornych nieraz tak prędko zabierano ludzi na auta i wywożono, że wyde­legowani dla sporządzania list urzędnicy [z]dążyli zanotować zaledwie małą część wysłanych. Ponieważ żadne inne listy nie zostały sporządzone, a przynajmniej dotychczas do getta nie nadeszły, nie można mówić ani o ścisłości co do osób ani też co do liczby, która opuściła getto. Wymienia się liczbę 14 432, ale nie wydaje się prawdopodobnym, ażeby można było tę liczbę tak ściśle ustalić. Będzie to możliwe do przeprowadzenia po sporządzeniu nowego spisu ludności, ale o tym na razie się nie myśli. Zresztą, wątpliwym jest, ażeby władze zgodziły się na nową przerwę w pracy, bez której akcja taka jest nie do pomyślenia.

Jak to będzie dalej – nie wiadomo. Jakiś porządek musi być wprowadzony, bo­wiem wiele rodzin skorzystało i korzysta z kart wysłanych członków lub sąsiadów, a w innych rodzinach znów deportowani przez przeoczenie zabrali ze sobą karty żywnościowe całej rodziny. Opowiadają o najpotworniejszych wypadkach tego rodzaju, a jednym nawet, gdzie żona wysiedlona z trojgiem dzieci zabrała wszyst­kie karty, o głodowej śmierci męża, który przez pięć dni pozostawał zupełnie bez jedzenia. Prawda, że w związku z tymi wypadkami Wydział Kartkowy ma olbrzy­mią pracę, ale ostatecznie ustalenie uprawnionych do podejmowania przydziałów możliwe będzie dopiero po przeprowadzeniu spisu ludności.

Samej ludności najmniej na tym zależy, żyje ona jeszcze bowiem pod wrażeniem przeżytego wstrząsu, a poza tym każde nowe posunięcie przywykła łączyć z jakimś dalszym nieszczęściem. Rozsądnym przeto było pozostawienie spraw w dotych­czasowym stanie przynajmniej aż do pewnego uspokojenia umysłów.

Na marginesie ostatnich wypadków warto podkreślić dziwny stosunek ludności do tego, co zaszło. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wstrząs był strasz­ny i głęboki, a jednak, nie mówiąc o tych, których to bezpośrednio nie dotknęło i którzy zaraz powrócili do normy, podziwiać należy obojętność tych, którym z najbliższego grona zabrano drogie i bliskie osoby. Zdawałoby się, że wypadki ostatnich dni na dłuższy czas pokryją całą ludność getta żałobą, a tymczasem tuż po wypadkach, a nawet jeszcze podczas akcji wysiedleńczej ludność opanowana była troskami codziennymi przy odbiorze chleba, racji itd. i często przechodziła do porządku dziennego nad bezpośrednim osobistym nieszczęściem.

Czy jest to przytępienie nerwowe, obojętność, czy też jakiś objaw chorobowy, wyrażający się w zaniku reakcji psychicznej. Po utracie najbliższych ludzi mówi się wciąż o racji, kartoflach, zupach itd.? Trudno to sobie wszystko wytłumaczyć! Czy taki brak serdeczności dla najbliższych osób? Gdzieniegdzie, oczywiście, niejedna matka płacze w kąciku nad losem wywiezionego dziecka czy też dzieci, ale na ogół nastrój getta nie odzwierciedla tego strasznego przejścia ostatniego tygodnia.

Smutne, ale prawdziwe!