Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi

Drobny przekrój getta - Alice de Buton

1942, sierpień 2 – Alice de Buton,

felieton „Drobny przekrój getta” APŁ, PSZ 1101, s. 33–36.

Drobny przekrój getta

Ktokolwiek sądzi, że getto jest tylko gettem i jako takie mało ważne i nieciekawe sądzi fałszywie getto w ogóle, w szczególności łódzkie, jest nader interesujące. Trzeba tylko sobie nieco trudu zadać, by rozglądnąć się wokół.

Czymże właściwie jest to getto? Zamkniętym przez siebie utrzymywanym a państwem żydowskim, rządzonym wyłącznie przez organa żydowskie.

Prezes – reprezentacyjny starszy pan o siwej głowie – jest jego Królem, a tu ze wszech stron ściągnięty tłum Żydów, to jego poddani. Niezupełnie zgodni bracia, gdyż wywodzą się ze wszystkich „Krajów panów” i stamtąd przybyli. 20 000 przeszczepionych z Rzeszy: jedni z rdzennego terenu Niemiec (Altreich), drudzy z Marchii Wschodniej, tj. z byłej Austrii, inni znów z Czech i Moraw (Czechosłowacja) lub też z Księstwa Luksemburskiego.

Ci wszyscy przesiedleńcy łącznie z tubylczymi Żydami Wschodnimi (Ostjuden) tworzą naród getta Litzmannstadt. Nic więc dziwnego, że różnica „rasy”, mimo ogólnej nazwy Żyd, dawała się powszechnie odczuć.

Nie o to jednak w tym przekroju getta chodzi, znacznie ważniejszą sprawą jest zbadanie jak żyje, jak istnieje i utrzymuje się wyodrębnione społeczeństwo.

Getto posiada autonomię. Pracuje. Tak jest, „dzielnica żydowska” albo „obszar mieszkalny Żydów” (tak brzmi jego oficjalna nazwa) pracuje. Pracuje dla potęgi niemieckiej. Getto to dorównuje przemysłowemu miastu, którego nie należy bagatelizować. Wszystkie gałęzie przemysłu są tu zastąpione. To, co nie jest skierowane do zaopatrzenia pozagettowego, zajęte jest przy wewnętrznym kształtowaniu i utrzymaniu getta.

To liczne resorty: bieliźniarski, odzieżowy, [nieczytelne] i inne pracują na zamówienia państwa; wyrabiają mundury, hełmy, ordery, obok wytworów stolarskich, siodlarskich, galanterii drewnianej. Ta zamknięta gromada pracowników zaspokajała również potrzeby gospodarki prywatnej: od barwnie haftowanych sukienek – poprzez „Sets” [?], kołderki a aż do najdelikatniejszych kompletów bielizny.

Temu wszystkiemu kształt nadają i wykańczają ręce żydowskie, żydowski palec, które właściwie nie były przyzwyczajone posługiwać się i wywijać urządzeniami albo mówiąc dokładniej, nie były do nich nigdy dopuszczone.

Żyd był przeważnie kupcem, handlującym, panem giełdy. W getcie natomiast jest on ślusarzem, ogrodnikiem, piekarzem, szewcem, rzeźnikiem, a w końcu dopiero kupcem. Najpierw musi wykonać to, czego sklepom trzeba.

Coś jednak zostało mu z jego instynktu handlarskiego, bo nawet tu znajduje on również towar do „przeszachrowania”, częściowo z przyzwyczajenia, częściowo z konieczności jaką stworzyła sytuacja w której się znajduje.

Getto jednak pracuje, pracuje usilnie i wytrwale by się utrzymać przy życiu. Gdyż tylko i wyłącznie jako t.zw. „Obóz pracy” jest ono przez władzę niemiecką, której w najwyższej instancji podlega tolerowanie i honorowanie. Za swoją pracę otrzymuje środki żywnościowe; praca jest warunkiem życia, obowiązuje ona każdego, bez wyjątku, od dziesięcioletniego dziecka począwszy, kończąc na starcach.

Członkowie gettowego zespołu pracują nie tylko w fabrykach, ale również w rozmaitych korporacjach: w policji, straży pożarnej, w Wydziale Sanitarnym, w szpitalu, przytułku dziecięcym, w handlowym aparacie gminnym, który otrzymuje aprowizację, monopol tytoniowy, przydział mieszkań, Urząd Pracy, pocztę i bank. A wszystko to kierowane przez władze żydowskie. Całkowita organizacja państwowa w swojej jednolitości jako całość podlega niemieckiej władzy naczelnej, podczas gdy wszystkie wewnętrzne sprawy są rzeczą Prezesa i jego sztabu ministerialnego i podlegają a rzuca symboliczny sygnał: pokój, powrót do domów!

Czy można to sobie w najbujniejszej fantazji wyobrazić spoglądając przez okno getta? Podróż do domu! Szybko! Ostatni niebieski tramwaj przejechał. Powrót do Ojczyzny! Żadnej obrony powietrznej, żadnego alarmu, żadnego niebezpieczeństwa i podróż bez przeszkód, atmosfera pokoju.

Marzenia są wolne od cła i opłaty. Odbywają podróż bez biletu.

Gdyby to ostatni niebieski tramwaj stał się rzeczywistością! gdyby to już można było spoglądać przez jasne szyby okienne w otwarty świat! O! jak wiele zapłaciłby każdy z nas z góry za tę podróż, podróż, której trasą, celem i przystankiem: harmonia i pokój.

Czyż wyobraźnia nasza zdolna jest odtworzyć jeszcze prawdziwszy ruch, jasne tramwaje, autobusy, auta, także ich mnóstwo, że trzeba długie kwadranse czekać, nim się na drugą stronę ulicy przejdzie? Dziś na czasie jest tylko fiakr[?] z dwoma marnymi końmi i a nie dla wszystkich dostępny.

Snuje się marzenia o wolności, o pokoju. Smutne. Wolność ta sięga tylko do płotu. Brama getta zawarta a.

Myśli są wolne od cła... Jedynie one mają prawo getto opuścić.

Pozwólmy im podążać za ostatnim niebieskim tramwajem i czekajmy cierpliwie!

„Droga stoi i dla nas otworem!”

Litzmannstadt-Getto, 2 sierpnia 1942 r.                                             A. B. de

Pierwsze siedem miesięcy w gettcie Litzmannstadt. Przelotne wrażenia i obrazy - Bernard Heiling

felieton „Pierwsze siedem miesięcy w getcie Litzmannstadt. Przelotne wrażenia i obrazy”
APŁ, PSŻ 1101, s. 41–46.

1942, maj 25 – Bernard Heilig,

28-godzinna podróż. Cel jej do ostatniej chwili niepewny. Jest faktem niezbitym, że z każdą godziną jazdy oddalamy się od Pragi w kierunku Wschodu. Pociąg z deportowanymi albo jak ich oficjalnie nazywano ewakuowanymi zatrzymał się w szczerym polu. Był to drugi transport z Pragi w liczbie tysiąca osób. Żydowscy „policjanci” oskrzydlają i prowadzą gromadę mężczyzn, kobiet, dzieci i starców podczas gwałtownego gradu. Policjanci! Można ich poznać po czapce, opasce z tarczą Dawida na ramieniu, po pałkach w ręku trzymanych. Z początku uważaliśmy te zupełnie nam obce postacie za urzędników gminnych, którzy mieli nas na dworcu podejmować.

Z bagażem na plecach i w rękach posuwaliśmy się naprzód. Wąż ludzki został wyprzedzony przez wozy. Transportowały one do jakiegoś oderwanego budynku bagaże, zostawione przez nas w pośpiechu w wagonach i na gołej ziemi na rozkaz eskorty (jeszcze brzmi nam w uszach to głośne, ryczące „szybko, szybko, marsz”). Następne wozy był ciasno naładowano obydwojga płci starcami i chorymi, którzy do marszu byli zupełnie niezdolni, ciężko chorzy, osłabieni wiekiem już teraz, nim wszczęli nowe życie. Wszystkim wozom towarzyszyli policjanci, po dwóch, po trzech siedzieli wśród ładunku ludzkiego lub na stosach paczek.

Obok rogatek na dworcu kolejowym stał siwowłosy dostojny pan. Poinformowano nas, że to jest Prezes. Otaczali go mężczyźni, na których piersi i plecach widniała żółta gwiazda. Wiedzieliśmy z niemieckich pism, z „Reichu” i innych, że to są znaki rozpoznawcze Żydów w Polsce, zaprowadzone przed dwoma laty. U nas dopiero przed miesiącem wydano rozkaz noszenia tarczy znaku Syjonu na lewej piersi.

U przejazdu stałą grupa umundurowanych Niemców, czekały auta, duże ładne wozy; świadczyły one o randze i dostojności tych, którzy zjawili się na nasze przybycie. Kiedy zadowalający ich pochód deportowanych wkroczył do getta, limuzyny ruszyły w kierunku miasta.

Niedostatecznie ukrwiony mózg, który z odrazą odbiera wrażenia, z odrazą je przechowuje i z odrazą bez zmiany przekazuje, przypomina sobie jeszcze jakiegoś osobnika, kręcącego z aparatu filmowego.

Przeszliśmy przez zakratowaną bramę. Słowa napisu zdradzają „Warta getta”.

Niemiecka straż w pełnym uzbrojeniu stoi przed budką wartowniczą... Przekroczyliśmy teren getta. Staliśmy się częścią składową nowej warstwy ludności.

Zwano nas oficjalnie „nowoprzesiedleni.”, powszechnie „ci nowi”, a częściej „Niemcy” („Datschen” w języku żydowskim).

Droga wydawała się nam niesłychanie długa. Prowadziła ona z początku przez wolne pole, zmieniła się potem w okolicę o małych przeważnie nowych zabudowaniach, w końcu wcisnęliśmy się między rzędy domów. Ale cóż to były za domy! Teraz zdaliśmy sobie sprawę: jesteśmy w getcie.

Od naszych ziomków, nieco dawniejszych „nowoprzesiedlonych”, którzy przed kilku dniami jako pierwsza partia deportowanych przybyli, słyszeliśmy na powitanie rzeczy, przed którymi wzdrygaliśmy się; słowa straszne o stosunkach tutejszych, a zwłaszcza o niesamowitym głodzie. „Nie może być gorzej” słyszeliśmy od członków pierwszej grupy praskiej. Wyraz ich twarzy potwierdzał prawdziwość słów. Niesamowite wrażenie wywarł na nas ogromny, czerwony kościół i krucyfiks pośrodku getta. Stanęliśmy przed wielkim budynkiem z wielką bramą. Byliśmy u celu: Hausedenstrasse [!] 37 (Łagiewnicka 37).

Nasze pierwsze miejsce pobytu w getcie, właśnie ów duży budynek na Hausedenstr 37, został z naszego powodu pozbawiony właściwego znaczenia: był to dawny Szpital dziecięcy Przełożonego Starszeństwa Żydów w Litzmannstadt Ghetto. Przynależność do Prezesa, jego prawa własności podkreślane były wszędzie, we wszystkich oficjalnych napisach, na wszystkich szyldach: czy to szło o Uzdrowisko dla Dzieci Przełożonego czy to o sklep mięsa, towarów kolonialnych, sklepy rozdzielcze chleba, czy też o kuchnię nr 372 lub 2, sklep dietetyczny lub też Dom Sierot. Wymieniliśmy jedynie niektóre z pośród wielokrotnych i różnorodnych tytułów posiadania. Wszystkie wskazywały na tego samego właściciela, co działało na nas, nieobeznanych jeszcze z życiem getta, w sposób szczególny. Nie wiedzieliśmy podówczas, że jest tu związana z dość skomplikowanym ustrojem kolektywnym, w którym wszelka inicjatywa prywatna była zupełnie wykluczona. Reprezentantem tej formacji był właśnie Przełożony Starszeństwa Żydów getta w Litzmannstadt. Stanowił on postać więcej niż tylko symboliczną. Jemu zostały przydzielone własności dotyczące wszelkich zakresów działania: fabryk, warsztatów i innych placówek.

Tej okoliczności więc, że otrzymaliśmy względnie przyzwoity budynek, który służył celom szpitalnym, zawdzięczamy ów komfort: toalety z wodą, które co prawda po większej części odmawiały posłuszeństwa, bo nie dorosły do spełniania żądań 1 000 ludzi (liczba ta później powiększyła się, gdyż przybyła część III transportu praskiego).

Wodę doprowadzało się tylko za pomocą jedynej pompy na podwórzu. Wody w całym wielkim gmachu nie było; temu złu zaradzono nawet, sporządzono miejsca do mycia w połączeniu z kuchnią, tak że nawet mieliśmy ciepłą wodę o określonej godzinie.

Ten rodzaj łazienki (bez wanien) z swymi ośmioma kranami nad dwoma blaszanymi ściekami, tak bardzo prymitywny, o charakterze koszarowym, te toalety często nie do użytku i przez odpowiednie ustępy na podwórzu zastępowane, urobiły naszemu transportowi opinię najlepiej zaopatrzonego w wodę bieżącą i WC. I tak też było w rzeczywistości, ubikacje były nowe, nieużywane, wolne od insektów, co stanowiło rzecz bardzo wielkiej wagi.

25 maja 1942 r. B. H

Kronika Getta Łódzkiego/Litzmannstadt Getto 1941-1944, wyd. J. Baranowski, Krystyna Radziszewska i inni, Łódź 2009, t. 5, s. 207-212.

Lusille Eichengreen

"Vom Asche zum Leben”,
Wydawnictwo Doelling und Garlitz, 1992, s. 95

(....) „a teraz mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę. W niedzielę wieczorem w jednym z mieszkań odbędzie się koncert. Jestem zaproszony i chciałbym cię tam ze sobą zabrać”.

„Koncert w getcie?"

Skinął głową. „Grana będzie muzyka kameralna i dwie moje kołysanki. Ja napisałem słowa, ktoś inny melodię” Była to dla mnie bardzo emocjonująca wiadomość i z trudem mogłam się doczekać.

W niedzielę Szaja przyszedł po mnie o godzinie siódmej i poszliśmy do starego, podupadłego budynku na ulicy Marynarskiej. Słuchacze siedzieli na podłodze oparci o ściany.

Rozmawiali głośno, dopóki nie dostrzegli Szaji. W pokoju zapanowała cisza. Musieli go już znać i spoglądali na niego z ciekawością. Znaleźliśmy dwa miejsca na podłodze i czekaliśmy. Było to szare, mroczne pomieszczenie. Na środku stały cztery krzesła, które zajmowali muzycy zajęci strojeniem swoich instrumentów. Publiczność siedziała teraz w ciszy. Ktoś zapowiedział program: „Zaczniemy dwoma kołysankami Szaji Spiegla. Proszę o cichy aplauz, powinnyśmy unikać niepotrzebnego hałasu”

Młoda kobieta podeszła do muzyków, dała im sygnał i rozpoczął się koncert. Przepięknym sopranem śpiewała łagodne, kołyszące melodie do pełnych uczucia tekstów Szaji. Aplauz był ogromny, ciche lecz przenikliwe oklaski. Potem muzycy kontynuowali koncert, wykonując różne utwory kameralne.

Dźwięki tej muzyki przeniosły mnie do przeszłości...

Trzy lata Służby Porządkowej...- Oskar Rosenfeld

1943, luty 28 – Oskar Rosenfeld „Trzy lata Służby Porządkowej. Obchody rocznicowe w niedzielę, 28 lutego 1943 r.”

YIVO, Kol. N. Zonabenda, RG 241/899.

Z okazji trzeciej rocznicy istnienia Służby Porządkowej komendant SP Leon Rozenblat zorganizował skromną uroczystość, która przebiegała w dwóch eta­pach. Najpierw w godzinach porannych na podwórku I Rewiru SP nastąpiło wydanie rozkazów, które z racji obecności Prezesa przebiegało w podniosłej at­mosferze. Poza Prezesem przybyli także przewodniczący sądu, pan S. Jakobson, kierownik Centralnego Biura Resortów Pracy, pan Aron Jakubowicz oraz szef Oddziału Specjalnego SP, pan Dawid Gertler wraz z kierownikiem administracyj­nym Oddziału Specjalnego, panem M. Kligierem.

Kiedy przenikliwym gwizdkiem zasygnalizowano przybycie Prezesa, delegacje poszczególnych resortów błyskawicznie uformowały się w czworobok. Naprzeciw portalu kościoła ustawiono mównicę i fotel dla Prezesa. Pogoda nie dopisała. Nastrój zakłócały przelotne przedwiosenne ulewy. Prezes powitał drużynę po woj­skowemu: „Dzień dobry, bracia”. Drużyna odpowiedziała chórem: „Dzień dobry, panie Prezesie”. Komenderował komisarz Berkowicz z I Rewiru. Odczytanie roz­kazów nastąpiło z zachowaniem zwykłych wojskowych procedur (w załączniku tekst rozkazów).

Następnie kilka zwięzłych zdań wygłosił komendant Rozenblat: „Kiedy prze­mawiałem do was trzy lata temu” – mówił – „nie zamierzałem bawić się w jasno­widza. Ale wtedy nie przeszło mi nawet przez myśl, że znów będę do Was przema­wiał pod koniec trzeciego roku. Już wtedy twierdziłem, że funkcjonariusz SP nie buduje swego autorytetu na policyjnej pałce i dziś znów powiem, że członek SP musi sobie wypracować niezbędny szacunek przy pomocy osobistego, poważnego podejścia do wykonywanych powinności. O randze oficera SP nie decydują ze­wnętrzne dystynkcje, lecz przykładna postawa wobec powierzonego mu zadania. Ma on stać na straży porządku, a zwłaszcza na straży wspólnego majątku get­ta. Jeśli kiedyś będzie Wam dane powrócić do normalnego obywatelskiego życia, niech każdemu z Was towarzyszy świadomość, że w tych trudnych czasach dobrze wypełnił swą powinność wobec swych żydowskich współobywateli. Świadomość ta pomoże Wam stworzyć dla siebie szczęśliwą przyszłość”. Słowa, płynące z po­czucia wewnętrznej przyzwoitości, wywarły na wszystkich obecnych stosowne wrażenie.134 Aneksy

Zaraz po przemówieniu komendanta Rozenblata wystąpiły delegacje rewirów, wręczając swemu komendantowi na pamiątkę tej rocznicy kilka upominków.

Potem delegaci przekazali Prezesowi własne prezenty. Gdy poszczególne rewi­ry przekazywały mniej lub bardziej wartościowe prezenty, komendant Zygmunt Rajngold przyniósł symboliczne upominki od grupy, delegowanej do nad­zorowania kopców na Marysinie. Komendant Rozenblat otrzymał kosz z atrapa­mi warzyw, łudząco podobnymi do prawdziwych. Natomiast Rajngold wręczył Prezesowi gustownie zdobiony model kopca na kartofle i wygłosił dowcipną mo­wę. Prezesa prezent najwyraźniej ucieszył.

Dopiero teraz głos zabrał Przełożony Starszeństwa Żydów. We właściwy sobie sposób rozpoczął jak zwykle w tonie niezadowolenia. „Kiedy przed trzema laty przybyłem do getta, niewiele wiedziałem o policji i niewiele też rozumiałem z te­go, czym jest ona w swej istocie. Jednak z biegiem czasu «douczyłem się». Dopiero w getcie życie nauczyło mnie, ile obowiązków spoczywa na policji. Wiem, że od­dana sprawie Służba Porządkowa musi w tej trudnej walce, jaką tu prowadzimy, ryzykować życie i zdrowie. Bo jakie to ma znaczenie, że Rozenblat doda Wam jedną «kropkę» (dystynkcję) mniej czy więcej. Żaden awans nie zrekompensuje funkcjonariuszowi SP działań, jakie musi wykonywać w samym środku tej tra­gedii. Bo tu gra nie toczy się tylko o utrzymanie porządku, tu chodzi dosłownie o dolę i niedolę getta. Wielka liczba towarzyszy, których nie ma dziś w naszych szeregach, najlepiej świadczy o brzemieniu, jakie przyszło nam dźwigać. Dni, które dane nam było tu przeżyć, były trudne, ale wierzcie mi bracia, że to i tak drobiazg w porównaniu z zadaniami, jakie czekają nas w przyszłości. Jesteście nie tylko żołnierzami getta! Jesteście sługami tej wspólnoty. Musicie strzec majątku, jaki jest jeszcze w naszym posiadaniu, od którego zależy nasza egzystencja. Dla mnie jesteście gwarancją, że w tym getcie ludzie dosłownie nie pożrą się żywcem. Dlatego musicie być twardsi od innych. Twardzi w egzekwowaniu swej powin­ności strażników, ale też pełni zrozumienia dla żydowskiego cierpienia w getcie. Jeśli kiedyś, jak mamy nadzieję, opuścicie getto jako wolni ludzie, by budować dla siebie lepszą przyszłość, będziecie mieć w kieszeni dokument, stanowiący dla Was najlepszą legitymacją przed całym światem; będzie tam napisane, że w naj­trudniejszych chwilach historii Żydów uczciwie pracowaliście dla swych braci i pełniliście trudną służbę. Bez Was ludzie w getcie staliby się zwierzętami, które by się wzajemnie pożarły. Wam i Waszemu komendantowi Rozenblatowi należy się podziękowania od całej wspólnoty i dlatego proszę Boga o błogosławieństwo dla Was za czas, który minął i na jeszcze trudniejszą przyszłość, która postawi Was przed bardziej doniosłymi zadaniami. Wypełniajcie nadal Wasze obowiązki tak jak dotychczas. Życzę Wam zdrowia, a moje życzenia niech Wam towarzyszą w Waszej drodze”.

Można było wyczuć głębokie wzruszenie, z jakim przemawiał Prezes i które udzieliło się wszystkim obecnym. Nawet lodowaty deszcz nie przeszkodził mu w tym, by swą obecnością podkreślić rangę tej skromnej uroczystości. Jego ad­iutant Kon przyniósł tylko ciepłą pelerynę, którą Prezes nałożył w chwili, gdy zaczęło padać. Po kilku komendach, wydanych stanowczym tonem, delegacje od­135 Aneksy maszerowały na swe pozycje. Prezes wraz ze sztabem Służby Porządkowej udał się do pomieszczeń I Rewiru, gdzie podano mu gorącą herbatę i gdzie spędził jeszcze nieco czasu w towarzystwie oficerów i gości. Rozumie się samo przez się, że przy takiej intymnej okazji omówiono zapewne, jak to zazwyczaj bywa w takich oko­licznościach, kwestie awansów.

Uroczystość kontynuowano w poszczególnych rewirach i oddziałach SP. Drużyny otrzymały specjalną kolację, składającą się z zupy, kartofli, kapusty i kiełbasy. Komendant Rozenblat zaszczycił swą obecnością poszczególne rewi­ry, udając się w godzinach wieczornych dorożką od jednego do drugiego, by ze wszystkimi swymi ludźmi spędzić choć kwadrans. Tak samo skromny jak poranne uroczystości był również wieczorny „bankiet”. Ale właśnie tak wyglądają w getcie uroczystości. Ich kulminacyjnym punktem jest kawałek kiełbasy.

W jaki sposób Prezes oddał uszanowanie i nagrodził komendanta Rozenblata i naczelników rewirów, wspominaliśmy już wcześniej w naszej kronice.

Kronika Getta Łódzkiego/Litzmannstadt Getto 1941-1944, wyd. J. Baranowski, Krystyna Radziszewska i inni, Łódź 2009, t. 5, s. 133-137.

Z problematyki Wschodu i Zachodu - Oskar Singer

1942 – Esej Oskara Singera „Z problematyki Wschodu i Zachodu”
YVA, N. Zonabend Collection O–34/609.

Jak można skarżyć się, gdy tak haniebnie zawiedli swoi ludzie? Jak mają zareagować ofiary tej kliki zjadaczy pieczeni? Nieszczęście dalej się rozprzestrzenia. Nic nie jest w stanie zatrzymać upadku. Nadejdzie wielkie umieranie, jeśli jeszcze nie tej zimy, to z pewnością wiosną i latem, kiedy zużyte zostaną ostatnie rezerwy energii. Gdyby autor miał do dyspozycji prasę, wyjaśniłby sytuację mężom zaufania w formie listu otwartego, który brzmiałby mniej więcej tak:

List otwarty do mężów zaufania.

Kilka dni temu Przełożony Starszeństwa Żydów zaprosił panów na rozmowę. Czuł potrzebę wysłuchania państwa życzeń i skarg pod nieobecność waszych kierowników transportów. Kilku panom z waszego grona należy przypisać zasługę zainicjowania i zrealizowania tej rozmowy. Zostaliście państwo wybrani według „demokratycznych” zasad i obdarzeni zaufaniem waszych wyborców; usiedliście do stołu z Przełożonym Starszeństwa Żydów i jego paladynami. Zrobiliście to z pustym żołądkiem. To nie jest państwa wina. Prezes chciał odbyć tę rozmowę w możliwie najprzyjemniejszej atmosferze. Kolacja była dobra. Państwo jednak nie wiedzieliście, że podano wam truciznę, która miała was odurzyć. Z pewnością nie było to zamiarem Przełożonego Starszeństwa. Państwo przybyliście, jedliście – i wołaliście: „Niech żyje, niech żyje!”. Nie mieliście żadnego doświadczenia, moi panowie mężowie zaufania, nie przeczuwaliście, że bankiety są niebezpieczne. Wasz apetyt was zaskoczył. Wasze kieszenie były pełne życzeń i żądań. Wasze serce było przepełnione goryczą. Co się stało? Ledwie uderzyły wam w nozdrza wspaniałe zapachy pieczeni, a już skapitulowaliście! Kilku z was było dumnych z tego, że postawiło żądania. Dziecinne, niestosowne żądania: chleb, poczta, policja, portierzy i inne. Przełożony Starszeństwa udzielił gładkiej odpowiedzi, rzeczowo, ze złośliwym uśmiechem. Durne jeki! Przegapić taką piękną okazję!

Nie zauważyliście, moi panowie mężowie zaufania, jak bawili się przyboczni prezesa patrząc na wasze zachowanie. Przybyliście z cywilizowanego Zachodu, z którego byliście zawsze tacy dumni. Zawsze chcieliście przecież imponować tym Żydom ze Wschodu – a przy pierwszej okazji zmieniliście przekonanie! Jak bardzo ośmieszyliście nie tylko siebie, ale wszystkich nas nowo wsiedlonych. Krótko mówiąc: zachowaliście się haniebnie. Za jedno danie z mięsa sprzedaliście swój zachodni rodowód. Spytacie mnie, jak moglibyście zrobić to lepiej. Dobrze, powiem to państwu: Ja być może też bym zjadł kolację, dlaczego nie? Także dla mnie głód nie jest rzeczą sympatyczną. Ale ja nie przejadłbym mojej misji wraz z wyjątkowym wołowym pieczystym! Niestrawione zalegałoby mi w żołądku, aż bym je wreszcie zwymiotował.

Ułatwiłbym sobie bardzo moje zadanie. Niczego bym nie żądał, niczego nie krytykował – nie wolno psuć zabawy, gdy się jest zaproszonym na kolację. Jestem grzecznym człowiekiem i odpłaciłbym pięknym za nadobne: zaproszeniem! Tak, zaproszeniem. Dlaczego Przełożony Starszeństwa nie miałby skorzystać z naszej gościnności w kolektywach? A więc:

Panie Prezesie – rzekłbym – proszę przyjść do nas. Ale nie tylko zajrzeć. Proszę przyjść i zostać naszym drogim gościem przez tydzień. Przełożony Starszeństwa uśmiechnąłby się miło i podziękował. Mimo najlepszych chęci nie widziałby możliwości przyjęcia tak kuszącej oferty. Ale przyznałby, że należy złożyć rewizytę i aby połączyć przyjemne z pożytecznym chciałby na swoje miejsce wydelegować szefa Wydziału Zdrowia. Całkiem w porządku. Przybrałbym najsłodszy ze swych uśmiechów i poprosił szefa Wydziału Zdrowia, aby skorzystał przez tydzień z naszej gościnności. Urządziłbym wszystko tak, żeby mu było najwygodniej i zatroszczył się o jego zdrowie. Jako kierownik transportu albo mąż zaufania przygotowałbym w pierwszej kolejności godne miejsca do spania. W żadnym wypadku nie położyłbym dostojnej pary na gołej ziemi obok pana tajnego radcy albo adwokata, profesora albo dyrektora banku, gdyż ci panowie są już zawszeni. Od zarania dziejów, nawet wśród najbardziej prymitywnych ludów oferuje się gościowi posłanie, w razie potrzeby własne. Nie chciałbym bowiem żeby szef Wydziału Zdrowia odczuwał wśród Żydów zachodnioeuropejskich brak tej oczywistej uprzejmości. Będzie więc spał w pokoju, w którym są prycze. Dostanie najlepszą podwójną pryczę, nie za blisko od pojedynczego okna, ponieważ tu straszny przeciąg wysysa wszystkie soki z kości, i nie za blisko od drzwi, gdyż tu ruch nocą jest bardzo ożywiony. Trzeba poprosić 60 współmieszkańców aby przyjmowali możliwie mało płynów, inaczej nic nie będzie ze snu dostojnej pary. Szczególnie mieszkańcy pierwszego piętra pryczy muszą się pod tym względem trzymać w ryzach. Jasne, że w przeciwnym razie pęcherze dostojnej pary będą funkcjonować w zmienionych warunkach zgodnie z życiem kolektywu. Dlatego trzeba będzie ustawić w pobliżu drzwi kubeł dla gości. Dwóch panów z załogi obdarzonych szczególnie silnym charakterem pilnowałoby tego ważnego dla życia pojemnika. Panowie zadbaliby też o to, żeby dostojna małżonka szefa Wydziału Zdrowia mogła załatwić swe nocne potrzeby nie na widoku. Załoga otrzymałaby wskazówki aby możliwie hamować się przy spełnianiu wszystkich swych potrzeb fizjologicznych. Inne, zwykle występujące gwałtowne wybuchy nerwowości muszą zostać stłumione. Sceny rodzinne należy zdławić w zarodku ze względu na obecność dostojnych gości. Zwykłe złośliwości, wybuchy, niestosowne powiedzenia mogłyby stworzyć fałszywy obraz kultury Zachodu. Trzeba odpowiednio przeszkolić załogę. I tak zresztą nie będziemy się cieszyć uznaniem szefa Wydziału Zdrowia. Mieszkańcy górnego piętra nad posłaniem szacownych gości muszą wyścielić deski na pryczy wodoodpornymi papierami lub innymi środkami, gdyż byłoby przykro, gdyby doznali oni nocnej niedyspozycji jelit lub żołądka w postaci wymiotów. Trzeba myśleć o tym, że prycze mają szczeliny.

Aby goście odczuli zadowolenie, szczególnie dotyczy to małżonki szefa Wydziału Zdrowia, ważne jest, żeby panowie adwokaci, dyrektorzy etc., którzy obecnie zarabiają na swe talony pracując przy fekaliach, nie spali razem z gośćmi. Panowie ci, żeby dowieść swej wdzięczności, przenoszą się do pokoju zawszonych kolegów, gdzie można się rozłożyć na podłodze. Jeśli aromaty związane z pracą zawodową przedostaną się z sąsiedztwa, to kobiety z kolektywu muszą poświęcić jeszcze ewentualnie nie sprzedaną w potrzebie wodę kolońską. Muszą być świadome wielkiego zaszczytu.

Co się tyczy aprowizacji, panowie kucharze z kolektywów i mistrzowie od zaprowiantowania zostali zachęceni do ostrożności. I tak już to wiedzą! Szefowi Wydziału Zdrowia przypisuje się wybuchowe usposobienie. Jeśli otrzymałby swoją zupę w kolektywie także dopiero o godzinie 6 wieczorem, miałoby to nieprzyjemne konsekwencje. Jest on bowiem przyzwyczajony zjadać swą codzienną zupę punktualnie w porze obiadowej. Na kawę w kolektywie nie reflektuje, gdyż jako szef Wydziału Zdrowia jest w stanie przewidzieć konsekwencje nadmiernej konsumpcji płynów.

Panie i panowie, którzy byli kiedyś członkami zachodnioeuropejskiego społeczeństwa a teraz są istotami żyjącymi w kolektywach, są proszeni, aby nie realizowali procedur rozbierania i przebierania się w bezwstydny sposób, który stał się już zwyczajem. Muszą spróbować zachować resztki swojej ludzkiej godności. Już same spojrzenia wychudzonych jak szkielety postaci irytowałoby mocno znerwicowanego dyrektora od zdrowotności.

Byłoby wskazane, żeby dawne damy i panowie dali szacownym gościom możliwość umycia się. Dwaj panowie podejmą się zadania przyniesienia wody potrzebnej do higieny ciała z pobliskiej studni. Kierownictwo transportu spróbuje zorganizować odpowiednie naczynie. Oczywiście ciepłą wodę do płukania ust i mycia zębów musiałby pan dyrektor od zdrowia załatwić sobie uciekając się do protekcji. To samo dotyczy ciepłej wody potrzebnej do golenia. Jeśliby któreś z małżonków zachorowało na tyfus lub biegunkę, to w osobie tak ważnego pacjenta widzę wystarczające gwarancje stosownej opieki. Gdyby jednak – ach, nie chcemy takiego wariantu w ogóle brać pod uwagę, że zdrowie całego getta zostałoby osierocone…

Po tygodniu serdecznego współżycia szef Wydziału Zdrowia uznałby z przypisywaną mu ostrością umysłu, jakim błogosławieństwem dla nowo wsiedlonych są kolektywy. Z całą energią, jaką mu się przypisuje, obstawałby przy zachowaniu tego stanu rzeczy. Za udzieloną pomoc przy dziesiątkowaniu nowo wsiedlonych w stosunkowo krótkim czasie historia będzie mu z pewnością wdzięczna. A może się mylę?

W tym bardzo problematycznym przypadku wyświadczona mu gościnność spełniłaby swój cel, a stawianie żądań i życzeń byłoby – jak wcześniej zauważono – zbędne.

Litzmannstadt-Getto, 3 czerwca 1942 r. O. S.

Tłumaczenie: Krystyna Radziszewska
Kronika Getta Łódzkiego/Litzmannstadt Getto 1941-1944, wyd. J. Baranowski, Krystyna Radziszewska i inni, Łódź 2009, t. 5, s. 213-217