Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi

Biuletyn Kroniki Codziennej - październik 1941

1941, październik – Biuletyn Kroniki Codziennej, wersja niemiecka

YIVO Kol. N. Zonabenda 908, nlb.

Kronika miesięczna za październik 1941 r.

Najważniejszym wydarzeniem w getcie Litzmannstadt w październiku 1941 roku było przybycie 23 000 obcych Żydów[1]. Do tej pory byli oni względnie wolni, mieszkali w swej okolicy – w swej ojczyźnie, z którą byli mocno związani i w którą wrośli, często od pokoleń, od stuleci. Z tego otoczenia, które zamiesz­kiwali od dawna i żadnego innego nie znali, które odbierali jako jedyne i oczywi­ste, wypędzono nagle i deportowano tysiące Żydów. Przybyli bez jakiegokolwiek przygotowania w okolicę i środowisko, które różniło się pod każdym względem od tego, w którym dotąd mieszkali. Przybyli do getta Litzmannstadt, tworu, który – trzeba to przyznać – był jedyny w swoim rodzaju.

żródło: Archiwum Państwowe w Łodzi źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi

Gdy współczesny kronikarz określa 16 października, dzień przybycia pierwszego transportu deportowanych Żydów (z Wiednia), jako moment historyczny w dziejach getta, jest to trafne określenie. Ponieważ nic tak silnie nie wpłynęło na oblicze getta i życie wewnętrzne „Żydowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej”, czę­ściowo je nawet zmieniając, jak ten potężny napływ wielkiej mozaiki do dość homogenicznej struktury getta. Nagły 15-procentowy przyrost liczby ludności, do tego tak zróżnicowanej i innej niż rdzenna ludność, jest wydarzeniem, nad którym nie można przejść do porządku w sposób niezauważalny czy też je przemilczeć. Musiało ono wywrzeć wpływ i wciągnąć coraz więcej osób. Z punktu widzenia starej ludności getta przybyli tu obcy, „niemieccy” Żydzi, którzy przede wszystkim byli inni niż tutejsi. Ta inność zamazywała, czy też wręcz zaciemniała, w oczach miejscowych ogromne różnice, które w mniejszym lub większym stopniu dzieliły jednych niemieckich Żydów od drugich. Rzeczywiście wszyscy pochodzili z Rzeszy Niemieckiej. Jednak nie można porównać natury i nawyków Żyda od dawna osiadłego w Wiedniu z Żydem osiadłym w Hamburgu, Berlinie czy Düsseldorfie, osiadłego praskiego Żyda z Żydem z Kolonii, Emden, Frankfurtu czy Luxemburga. Z punktu widzenia getta obcy Żydzi stanowili jedność; różnili się między sobą, byli nierówni, łączył ich (z wyjątkiem Prażan) ten sam język. Byli spokrewnieni i luźno połączeni tym samym ciężkim losem: wypędzeniem na czas nieokreślony. Nowy przyczynek, nowy rozdział do wielokrotnie opisywanego pro­blemu Wschodu i Zachodu zaczął się na ziemi, która już od dawna nie była wi­downią tego konfliktu: na (starej) rosyjsko-polskiej ziemi, na ziemi Wschodu, a nie odwrotnie, tak jak w ciągu ostatnich trzech i pół stuleci.

źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi

Będziemy więc rozpatrywać małe i wielkie wydarzenia tego miesiąca w getcie, typowe i charakterystyczne wydarzenia dnia codziennego, patrząc przez pryzmat tego wielkiego wydarzenia – wsiedlenia Żydów zachodnioeuropejskich. Kiedy rozpatrywaliśmy ciężki i dla ludności getta tragiczny w skutkach styczeń pod ką­tem „głodu i zimna”, wszystkie wydarzenia siłą rzeczy można było pogrupować wokół tych dwóch czynników. Motywem przewodnim tego miesiąca jest przy­bycie „nowych”. Chcemy zbadać, jakie zmiany – pod różnymi względami – do­konały się w środowisku getta w tygodniach przed ich przybyciem i wtedy, kiedy przybyli. Jaki stan zastali wówczas „nowi”, z czym musieli się zmagać i do czego przyzwyczaić – na ile październik przyniósł zmiany w stosunku do poprzednich miesięcy.

Krótka jesień zmieniła się w tym miesiącu wcześnie, o wiele za wcześnie w zi­mę, porę roku, której się obawiano. Z doświadczenia wiadomo, że jest to nie­kończąca się pora roku. Zarówno dla starych, jak i nowych mieszkańców getta, zmiana ta oznaczała katastrofę. Piękna, słoneczna pogoda w pierwszym tygodniu października nie wskazywała na to, że u drzwi czai się już zima. Przed połową miesiąca liczono się z tym, że dopiero teraz zacznie się jesienna pogoda, a tymcza­sem już dwunastego spadł pierwszy śnieg. Nastąpił okres silnych opadów deszczu, mgła, znaczny spadek temperatury, grad i wreszcie raptowna fala dużego zimna z opadami śniegu. 28 [października] zanotowano już 8 stopni mrozu. W tym dniu do getta przybył 13 transport; 1004 Żydów z Düsseldorfu, w wieku od niespełna roku do 72 lat.

Ta zasadnicza, nagła i utrzymująca się zmiana pogody miała naturalnie silny wpływ na stan zdrowotny i śmiertelność ludności getta; dwie kategorie, które nigdzie nie były tak silnie ze sobą powiązane jak w getcie.

Podczas gdy w pierwszej połowie miesiąca ustanowiony został bardzo po­cieszający rekord – najniższa dzienna liczba zgonów od czasu istnienia getta – 9 [października] tylko 11 osób, gdy na przykład w styczniu liczba ta wynosiła 52 zmarłych dziennie a podczas epidemii czerwonki w czerwcu 1940 roku umie­rało średnio dziennie maksymalnie 55 osób – to w drugiej połowie października bardzo wzrosła śmiertelność. Osiągnęła dziennie średnią 23 zmarłych przy ogólnej liczbie w październiku 628 (277 w pierwszej, 351 w drugiej połowie miesiąca). W ciągu całego miesiąca zarejestrowano tylko 34 narodziny (22 chłopców, 12 dziewczynek), a więc nieco ponad jedne narodziny dziennie. Rozpatrując liczbę zgonów nie należy zapominać o jednej rzeczy: przed wojną w Litzmannstadt, ów­czesnej Łodzi, gdzie żyło duże skupisko mniejszości żydowskiej w liczbie 260 000 osób (przy ogólnej liczbie 650 000 ludności), umierało dziennie 6 Żydów. Teraz getto liczy około 150 000 Żydów a więc prawie o 1/4 (25%) [!] mniej niż wówczas w mieście. Przy zachowaniu tych samych warunków powinno więc umierać tylko 4,5 osób dziennie. Jednak średnia dzienna cyfra śmiertelności waha się – jak widzimy – między 11 a 55. Jest więc od 2,5 do 12 razy większa niż przed wojną.

 źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi. źródło: Archiwum Państwowe w Łodzi.

Wraz z nadejściem niedobrej pory roku pogorszył się nie tylko ogólny stan zdrowotny, lecz także wzrosła liczba chorób zakaźnych. Zanotowano 2 przypadki zapalenia opon mózgowych na bazie gruźlicy, 6 zachorowań na tyfus plamisty, 8 na suchoty, 10 na dyfteryt, 18 na tyfus brzuszny, 29 na dyzenterię. Liczba chorych w szpitalu zakaźnym wzrosła z 241 do 250 w dniach 5–21 października. W wal­ce przeciwko chorobom zakaźnym ukazały się dwa obwieszczenia Przełożonego Starszeństwa Żydów, które wzywały dzieci z roczników 1929–41 do szczepień przeciwko ospie. Trzeba było zagrozić odebraniem karty mlecznej dla dzieci, aby przełamać niechęć rodziców do tego ważnego aktu mającego na celu zachowanie zdrowia.

Wzrosła także liczba samobójstw: do końca miesiąca naliczono ich osiem. Do samobójczej śmierci doprowadził jod, lizol, luminal, powieszenie i skok z okna. Nowo wsiedleni też już wystawili swój kontyngent, ponieważ wśród tych, którzy się otruli, znajdowało się małżeństwo z Frankfurtu nad Menem, radca pracujący w kolejnictwie wraz z żoną, którzy nie chcieli żyć na wygnaniu.

W stosunku do stycznia w istotny sposób zmniejszyła się przestępczość. O ile wówczas naliczono 804 przypadki, w październiku było ich tylko 615. Najbardziej wyrazisty jest spadek kradzieży: w styczniu było ich 431, głównie kradzieży drewna, w tym miesiącu było ich tylko 181. Do tego spadku przyczy­niły się w istotny sposób drakońskie kary, które zastosował prezes „w walce z przestępczością”. Nie cofnął się też przed zastosowaniem kary chłosty (cytat z jego przemówienia z dnia 7 października 1941 r.). Jednak w tym miesiącu doszło do morderstwa, trzeciego od czasu istnienia getta. Morderca i zamordowany to typo­wi przedstawiciele rdzennej ludności z Bałut. Poza tym kronika policyjna odno­towuje zastrzelenie 23-letniej dziewczyny przy drutach i kradzież trzech dużych pasów transmisyjnych w resorcie stolarskim; wartość skradzionego przedmiotu wynosiła 10 000 marek. Była to największa kradzież, jaka wydarzyła się w getcie.

Do zmian w zewnętrznym obrazie ulicy doprowadziły następujące kroki: po kilkumiesięcznej przerwie, niedługo po tym, jak w mieście zostało uruchomione oświetlenie ulic, nastąpiło to także w getcie, przynajmniej na najważ­niejszych ulicach włączono co drugą lub trzecią lampę.

Usunięto tablice z nazwami ulic, niezależnie czy chodziło o stare polskie, czy nowe niemieckie. Na ich miejsce wprowadzono oznaczenia literowe i liczbowe. Uczyniono to na polecenie władz, bynajmniej nie na wzór amerykański. Talweg na przykład nazywa się od teraz – A, Richterstrasse – G, Hohensteiner – 34, Łagiewnicka stała się ulicą 35. Akcję tę zaczęto już na początku roku, lecz wtedy użyto tablic z tekturowych przykrywek, które nie wytrzymały warunków atmos­ferycznych. Teraz umieszczono tablice z blachy pomalowanej na żółto z czar­nymi napisami. Jest to taki sam zestaw kolorystyczny, jak w przypadku oznak żydowskich. Nowy system oznakowań nie mógł się zadomowić zarówno wśród ludności getta, jak i wśród oficjalnych czynników, ponieważ nie miał żadnej logicznej podstawy. Także „nowi”, jak tylko się trochę orientowali, posługiwali się polskimi lub niemieckimi nazwami ulic. Niemieckie poznawali komunikując się z poszczególnymi wydziałami (urzędami), stare polskie nazwy można było odczytać na każdej szklanej tablicy z numerem domu, o ile ta nie była rozbita (a tak było w większości przypadków) Był na niej też odpowiedni posterunek policji i nazwisko właściciela domu.

Dalszą zmianę w obrazie ulicy wprowadziły nowe linie tramwajowe, którymi administrował dopiero co utworzony Wydział Komunikacji. Tramwaje zostały swego czasu unieruchomione na terenie getta i tylko tory i tablice z oznakowa­niem przystanków świadczyły o tym, że także na tym zaniedbanym przedmieściu działała komunikacja tramwajowa. Teraz uruchomiony został tramwaj towarowy, kursujący sporadycznie, w zależności od potrzeby. Ma on wagony z silnikiem, nie­gdyś należące do Towarzystwa Tramwajowego w Koblencji i wagon – przyczepę zaadaptowaną do transportu towarowego. W większości są to jednak niskie, otwar­te wagony kolejowe, przeznaczone do ruchu towarowego między poszczególnymi resortami a Rynkiem Bałuckim, między bramą wjazdową i wyjazdową. Od dawnego toru kolejowego położono w zależności od potrzeby rozgałęzienia do resor­tów i rozbudowywano je co miesiąc. Teraz ukończono taką linię o długości 120 metrów na terenie dawnej bałuckiej rzeźni (ul. Łagiewnicka), gdzie usytuowane zostały poszczególne warsztaty resortu rymarskiego. Kolejne odgałęzienie będzie prowadzić do Centrali Resortów Krawieckich (Łagiewnicka). Połączone zostały także warsztaty Resortu Krawieckiego na ul. Jakuba. W budowie jest nowa duża linia. Połączy ona dworzec Marysin, na który przybywają transporty kolejowe (ludzie i materiał) z gettem (Sulzfelderstrasse)

Kronika Getta Łódzkiego/Litzmannstadt Getto 1941-1944, wyd. J. Baranowski, Krystyna Radziszewska i inni, Łódź 2009, t. 1, s. 316-319.

.

 



[1] Do getta łódzkiego w okresie od 16 X do 4 XI 1941 r. przybyło 20 transportów Żydów zachodnioeuropejskich: pięć transportów z Wiednia liczących ogółem 4 999 osób, pięć z Pragi – 4 999 osób, cztery z Berlina – 4 173 osób (w tym 122 osoby z Emden), dwa z Kolonii – 2 012 osób, jeden z Frankfurtu n. Menem – 1 186 osób, jeden z Hamburga – 1 063 osoby, jeden z Düsseldorfu – 1 007 osób, jeden z Luksemburga – 512 osób (razem 19 951) – APŁ, PSŻ 863, Statystyka Żydów zachodnioeuropejskich wsiedlonych do getta. W źródłach pojawiają się również inne dane, np. według sprawozdania policji niemieckiej wsiedlono 19 837 osob, w statystykach prowadzonych przez PSŻ podana jest również liczba 19 945. Podana w tekście liczba 23 tys. obejmuje również osoby wsiedlone z Kraju Warty (3 082) – por. Dąbrowska 1968, s. 106–107; Baranowski 2004d, s. 92.

Biuletyn Kroniki Codziennej - listopad 1941

 

1941, listopad – Biuletyn Kroniki Codziennej

YIVO, Kol. N. Zonabenda 909, nlb.

BIULETYN KRONIKI CODZIENNEJ Za miesiąc listopad 1941 r.

Od 17 PAŹDZIERNIKA przez 20 dni z rzędu przybywały do getta transporty wygnańców a z ZACHODU. O 20 000 ŻYDÓW z dawnej RZESZY, AUSTRII, CZECH i LUKSEMBURGA zwiększyła się ludność GETTA. GETTO ZDAŁO CAŁKOWICIE EGZAMIN PRZY PRZYJMOWANIU SWYCH BRACI Z ZACHODU.

Dzień 17 października 1941 r.[1]363 stanowi niewątpliwie w życiu getta, a może i w dziejach żydostwa, historyczny moment. W dniu tym bowiem przybył do naszego miasta pierwszy transport zachodnioeuropejskich Żydów. Współczesna wędrówka „Żydów, wiecznych tułaczy”, kierowana tym razem wschodnim szla­kiem, zapoczątkowana została w tym pamiętnym dniu.

Jednak, jak to notował już Biuletyn Kroniki Codziennej, ludność getta jeszcze przed kilku tygodniami poinformowana została przez Prezesa o zapowiedzi przy­bycia tutaj 20 000 rzeszy z Zachodu. W specjalnym publicznym przemówieniu wygłoszonym w swoim czasie przez megafony[2], Prezes nakreślił zasadnicze obo­wiązki, jakie mają przypaść w udziale w związku z zapowiedzią osiedlenia w getcie Żydów z Zachodu. Tutejszemu społeczeństwu i jego władzom pod hasłem gościn­ności i serdeczności, pod hasłem podzielenia się z nowymi przybyszami własnym dachem i chlebem, zapowiedział zwierzchnik getta rozwiązanie tego arcytrudnego problemu.

I w rzeczywistości, pod tymi wzniosłymi hasłami na długo jeszcze przed przybyciem pierwszego transportu podjęta została w getcie syzyfowa praca przygotowawcza, powierzona, jak to już notował Biuletyn, kierownictwu adw. Neftalina, któremu, jak to już nieraz bywało, przypadały w udziale najtrudniejsze i najbardziej odpowiedzialne misje.

W dzień i w nocy odbywała się praca na terenie Urzędu mieszkaniowego, ma­jącego za zadanie rozwiązanie problemu lokalowego dla dwudziestotysięcznej, nowej ludności. Do pracy tej, poza właściwymi urzędnikami, powołano olbrzymią rzeszę nauczycielstwa, która w przyszłości, wobec zachodzącej konieczności unie­ruchomienia szkół, przeznaczona została do prac związanych z rozlokowywaniem i opiekowaniem się przybyszami. Również nie spały i inne działy aparatury gmin­nej organizacji.

Tak dla przykładu Wydział Budowlany Przełożonego Starszeństwa Żydów w amerykańskim tempie remontował gmachy szkolne oraz domki na Marysinie, przeznaczone do zakwaterowania wysiedleńców.

Stolarnie gminne w ciągu 24 godzin na dobę wyrabiały prycze i inny najniezbędniejszy sprzęt dla nowej ludności. Podjęto masową produkcję materaców i sienników. Wydział Kuchen zajął się zainstalowaniem kotłów i urządzeń we wszystkich miejscach przewidzianych na kwatery przybyszów. Wydział Aprowizacji opracował plan, zmierzający do rozwiązania zagadnienia zaprowiantowania tych, co przybędą.

Podkreślić z naciskiem należy, iż od pierwszej chwili zapowiedzi osiedlenia w getcie 20 000 Żydów Prezes zdecydował się przynajmniej w pierwszym okresie zaprowiantować ich na ciężar gminy, jak również bez żadnego ekwiwalentu od­dać do ich dyspozycji wszelkie rozporządzalne lokale. Służba Porządkowa wreszcie pod kierunkiem swego komendanta Rozenblatta zmobilizowała cały swój aparat, by stanąć na wysokości zadania w zakresie bezpieczeństwa i ładu w okresie przy­bywania transportów.

Warto nawiasem wspomnieć, iż kilkakrotnie przed dniem 17 października kol­portowane były w getcie z palca wyssane plotki o wstrzymaniu całej akcji. Na kilka dni jednakże przed wspomnianym dniem powszechnie w getcie było wiadomo, że transporty zaczną nadchodzić. Rzecz prosta, że zainteresowanie wśród społeczeń­stwa gettowego rosło z dnia na dzień, dochodząc do zenitu w godzinach rannych dnia 17 października, gdy lotem błyskawicy rozniosła się wieść, że o godz. 16 przybędzie pierwszy transport. W rzeczy samej władze gminne otrzymały w tym sensie wiadomość ze strony czynników przełożonych z poleceniem przygotowa­nia organizacji do przyjęcia transportu. Na długo jeszcze przed zapowiedzianą godziną w kierunku Marysina zaczęły maszerować kompanie milicjantów Służby Porządkowej. Około godz. 3 po południu w stronę dworca radogoskiego wyru­szyły dorożki z przedstawicielami władz Przełożonego Starszeństwa Żydów oraz sznur furgonów przeznaczonych do przewózki bagaży.

W gmachu kina na Marysinie, który znajduje się tuż u granic getta, skonsygnowano większą rzeszę robotników do przenoszenia bagaży. Na krótko przed godz. 4 Pan Prezes udał się w swej dorożce na stację. Przedstawiciele władz nie­mieckich z Zarządu nad Gettem, z tajnej kryminalnej policji również udali się na miejsce. Kilkanaście minut po [godz.] 4 zajechał przedługi pociąg składający się z osobowych wagonów na bocznicę stacji radogoskiej. Z wnętrz wagonów zaczęli się wysuwać wygnańcy. Pierwszy transport z wygnańcami z Wiednia znalazł się w getcie[3]...

Milicjanci natychmiast rozpoczęli swą opiekę nad przybyszami. Brak wprost słów do opisania objawów serdeczności i doraźnej pomocy ze strony Służby Porządkowej. Objuczyli się oni, jak wielbłądy pakunkami, walizkami, kuferkami przyjezdnych, uważając to za swą ambicję, aby każdego z przyjezdnych wyręczyć chociażby od konieczności noszenia swego dobytku[4].

Na tym tle wydarzyły się charakterystyczne nieporozumienia, zgoła anegdotycznego charakteru. Tak dla przykładu: jeden z wiedeńczyków, starszy, elegancko ubrany pan, zdezorientowany, podobnie jak cały transport, widokiem żydowskich milicjantów, w ich charakterystycznych czapkach i opaskach, myślał, że ma do czynienia ze służbą hotelową. Pan ten ni mniej, ni więcej, jeszcze z okna wagonu krzyknął do najbliższego milicjanta: czy może pan mi polecić przyzwoity hotel dla czterech osób. Dopiero po czasie, gdy przybyli zorientowali się, kto się nimi opiekuje, że mają do czynienia z członkami-funkcjonariuszami żydowskiej policji, o istnieniu której nigdy nie słyszeli, formalnie się tym faktem wzruszyli. Było to dla nich wielkim pocieszeniem, ulgą wielką w tym końcowym etapie tra­gicznej podróży w nieznane. Tego, że od razu w momencie przybycia znajdą się pod opieką bezpośrednią świetnie zorganizowanych władz żydowskich, przybysze się zupełnie nie spodziewali. Okoliczność ta wywarła na nich bardzo duże wrażenie i pozwoliła im już z nieco większą ufnością, aniżeli w trakcie nieprawdopodobnie męczącej 20-godzinnej podróży w zamkniętych wagonach pod czujnym okiem konwojentów, myśleć o jutrze. Poza Służbą Porządkową, rzesza z kierowniczych osobistości tutejszych władz Przełożonego Starszeństwa Żydów pod bezpośrednim kierownictwem samego Prezesa, czuwała nad organizacją przy opuszczaniu wagonów przez wiedeńczyków i wyładowywaniu bagażu.

Kilku lekarzy specjalnie delegowanych na dworzec przez Wydział Zdrowia w asyście sanitariuszy, pod kierownictwem szefa wydziału doktora Millera i dyrektora Rumkowskiego nieśli w razie potrzeby pomoc chorym i osłabionym. Chorych i najstarszych ulokowano w dorożkach względnie wozach ciężarowych. Pan Prezes w swojej dorożce umieścił również kilka starszych osób. Warto przy tej okazji zaznaczyć, iż władcza postawa zwierzchnika getta, z miejsca zdobyła popularność wśród dwunastu setek przyjezdnych wiedeńczyków. Wszyscy zdrowi, uformowani w szeregi, pomaszerowali w kierunku getta, którego rogatka mary­sińska znajduje się w odległości kilkuset metrów od dworca. Uformowane zostały partie po 200 do 300 osób. Na czele kroczyło trzech żołnierzy w mundurach SS, z ręcznymi karabinami maszynowymi gotowymi do strzału. Partie zaczęły ma­szerować do przygotowanych dla nich kwater, w marysińskich domkach. Służba Porządkowa zgodnie z otrzymaną od władz niemieckich instrukcją, oczyściła na czas przemarszu wygnańców ulice z przechodniów. W przyzwoitej i bezpiecznej odległości od miejsc przemarszu zalegały tłumy ciekawskich. Wszystkie ogród­ki domków marysińskich wypełnione były tłumami, które z największym zaciekawieniem przyglądały się przez szpary w płotach i sztachetach niezwykłym or­szakom. Były to niezapomniane obrazy, gdy uliczkami Marysina kroczyli pierwsi wygnańcy. Później bowiem z widokiem ich się oko ludzkie już oswoiło. Ale jakże fantastycznie wyglądali wiedeńczycy na tle Marysina pamiętnego dnia 17 paź­dziernika 1941 r. W swoich, w wielu wypadkach tyrolskich strojach z zielonymi kapeluszami z piórkiem, z długimi fajkami, objuczeni zwojami parasoli, z bate­riami termosów, w krótkich górskich futerkach.

 

Kronika Getta Łódzkiego/Litzmannstadt Getto 1941-1944, wyd. J. Baranowski, Krystyna Radziszewska i inni, Łódź 2009, t. 1, s. 320-332.

 



[1] Pierwszy transport Żydów zachodnioeuropejskich przybył do getta w Łodzi 16 X 1941 r. W tym miejscu, podobnie jak i w dalszej części, autorzy Kroniki podają datę 17 października.

[2] Publiczne przemówienia Ch. Rumkowskiego odbywały się na placu strażackim przy ul. Lutomierskiej 11/13. W tym przypadku mowa jest o przemówieniu wygłoszonym 7 paździer­nika – APŁ, PSŻ 1090, s. 28-36.

[3] Pierwszy transport z Wiednia liczył 1 000 osób. Jego kierownikiem był Berthold Borzyhadi. Jako kolektyw „Wiedeń I” został zakwaterowany przy ul. Przemysława 13/15. Przybyła nim m.in. Alicja de Buton, późniejsza współredaktorka Kroniki. Łącznie z Wiednia czterema trans­portami przybyło 4 999 Żydów. We wrześniu 1942 r. po „szperze” i wcześniejszych wysiedle­niach z maja oraz w wyniku chorób i głodu, w getcie pozostało już tylko 621 wiedeńskich Żydów – Baranowski 2004c, s. 24.

[4] 366 Inny obraz przybycia do getta jawi się z pamiętników przesiedleńców. „Trzy dni i noce spędziliśmy w zamkniętych wagonach. Przyjęto nas pałowaniem i biciem” – wspomina Ruth Alton Tauber – LBI Berlin, LBIJMB MM 2, 4. L. Eichengreen tak opisuje przyjazd do Łodzi: „Po wielu godzinach, około półtora dnia jazdy, naszą uwagę zwrócił odgłos hamulców. Wkrótce pociąg się zatrzymał, otworzono drzwi, mrużyliśmy oczy w jaskrawym południowym słońcu [...]. Niemieccy umundurowani strażnicy popychali i bili nas, gdy w pośpiechu przechodziliśmy obok nich. Musieliśmy czekać na zewnątrz przed wagonami, wtedy też widzieliśmy po raz pierwszy grupę około 30 mężczyzn ubranych w czarne mundury, czarne czapki z pomarańczowym otokiem. «Żydowska policja porządkowa» szepnął ktoś. Rozkazali nam się ustawić w szeregu i iść. Potykaliśmy się i uskarżaliśmy, jednak nie było ani żadnych wagonów czy też samochodów dla starszych lub dzieci” – Eichengreen 2001, s 53–54.

"Hes gajt a Jake mit a teke" - Biuletyn Kroniki Codziennej, 5 grudzień 1941

Hes gajt a Jeke* mit a teke” ( pol. Idzie Jeke z teczką)

to refren najnowszego gettowego szlagieru, śpiewany na melodię popularnej wojskowej piosenki „karabin maszynowy”, parodiuje przygody przybyłych tu ostatnio „Niemców”, popularnie zwanych w żydowskiej gwarze „Jekami”, na wesoło ujmuje ich dole i niedole; wiecznie głodnych i szukających pożywienia, a „tubylcy” się z nich z lekka nabijają i gęsto często korzystają z ich naiwno­ści i nieznajomości stosunków, mowa jest i o kobietach paradujących uliczkami Bałut w spodniach. Autorem piosenki i jej wykonawcą jest popularny getowy „trubadur” uliczny Herszkowicz, z zawodu dawnego krawiec. W roku ubiegłym skomponował on nader popularną piosenkę aktualną pt. „Rumkowski Chaim”, z której wykonania zarobkował przez szereg miesięcy, a raz nawet otrzymał pię­ciomarkowy datek od samego Prezesa, który przypadkowo znalazł się wśród słuchaczy. Innym znów razem gettowy „trubadur” otrzymał osobiście od Prezesa paczkę macy, gdy wykonywał swą piosenkę w okresie przedświątecznym przed sklepie [!] wizytowanym w tym czasie przez zwierzchnika getta. Obecnie piosen­karz zawiązał spółkę z wiedeńczykiem, niejakim Karolem Rozencwajgiem, byłym komiwożajerem. Wiedeńczyk przygrywa na gitarze lub cytrze. A ten osobliwy, jak wszystko co jest w getcie, duet bałuckiego krawca z wiedeńskim komiwojażerem, cieszy się wielkim powodzeniem wśród gawiedzi. Interesa spółki na tym najgorzej nie wychodzą i nieraz przypada im po całodziennej pracy do 6 mk do podziału z uczciwego wszak zarobku. W ostatnich dniach spółka lansuje nowy szlagier na melodię znanej pieśni dorożkarzy wiedeńskich (skomponowanej no­tabene przez Żyda Pika). Piosenka ta, podobnie jak poprzednia, czerpie motywy z niezliczonych kalamburów, jakie przydarzają się tutaj „jekom”. Na cześć Pana Prezesa gettowy piosenkarz skomponował w swoim czasie również bardzo wzięty „szlagier” pt. Leben sol prezes Chaim.

Kronika Getta Łódzkiego/Litzmannstadt Getto 1941-1944, wyd. J. Baranowski, Krystyna Radziszewska i inni, Łódź 2009, t. 2, s. 361.